Strony

Opowiadanie Świąteczne

Wersja robocza - 
tekst cały czas ulega modyfikacji. 

O ostatecznej wersji  zostaną Państwo powiadomieni ok. 20 grudnia na fp 

Książkowe Podróże Panny A



Słodko - gorzkie

Boże Narodzenie


PROLOG

 - Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! -  Krzyk Wojtusia z pewnością niósł się po całej klatce. 
- Boże, dziecko, nie denerwuj się tak. Przecież to tradycja. Zawsze to kochałeś. Zobaczysz, pięknie ubierzemy choinkę, zapalimy lampki. Będzie super. 
- Nie ma nawet takiej opcji. Słyszysz? W tym roku świąt u nas nie będzie! Lepiej wyrzuć tego badyla od razu na śmietnik. - Wojtek był nieprzejednany. 
- Kochanie, posłuchaj. Wiem, że strasznie wszystko to przeżywasz, mnie też nie jest łatwo. - Kobieta popatrzyła na syna ze współczuciem. - Ale uwierz mi, to mogą być naprawdę wyjątkowe święta. Tylko musisz mi troszkę pomóc, dobrze? 
- Wyjątkowe święta? Ty chyba żartujesz! 
- Synku, posłuchaj... 
- Nie! - Wojtek przerwał wypowiedź swojej mamy zdecydowane. - Jeżeli tata do nas nie wróci, żadnych świąt nie będzie! 
Kobieta chciała jeszcze coś dodać, ale po mieszkaniu rozeszło się głuche echo zamkniętych przed chwilą z hukiem drzwi... 

ROZDZIAŁ 1

KAROLINA
Grudzień 2017

Kiedy spotkali się po raz pierwszy, a minęła od tego czasu już ponad dekada, ona miała dziewiętnaście lat, on dwadzieścia jeden.
 To był piękny, słoneczny, wrześniowy dzień. Polska złota jesień w najlepszym wydaniu. Karolina wracała z pierwszej w życiu rozmowy o pracę. Nieudanej niestety. W tamtej chwili był to dla niej koniec świata. Pędziła przez Park Praski w stronę Dworca Wileńskiego, marząc tylko o tym, aby wsiąść w autobus i jak najszybciej znaleźć się w domu. Ale na jej drodze stanął Igor. I to dosłownie. Zapłakana wpadła na niego z impetem słonia. Biednemu chłopakowi, który, jak się potem okazało, spieszył się do warsztatu swojego przyjaciela po odbiór samochodu, aż plecak zsunął się z ramienia i spadł na chodnik. Karolina od razu zaczęła go przepraszać, ale Igor nic nie mógł zrozumieć z jej bełkotu, bowiem jakiekolwiek hamulce, które w tamtej chwili trzymały ją jeszcze w pionie puściły i Karolina rozpłakała się na dobre. Młody Bielecki nie mógł patrzeć na tę kupkę nieszczęścia klęczacą u jego stóp. Złapał więc dziewczynę za ramiona i posadził ją na pierwszej wolnej ławce, podał butelkę z wodą i kazał się uspokoić. Kiedy wreszcie Karolina była w stanie na niego spojrzeć, w sekundę zakochała się w błękicie jego oczu. A potem w nim całym. Zresztą, z wzajemnością. Już wkrótce Igor nie widział świata poza niebieskooką brunetką, która tak niespodziewanie pojawiła się w jego życiu. Dlaczego więc teraz, tuż przed świętami, wyrzucił ją ze swojego życia, jak zużytą zabawkę? 

***

- Ale z niego frajer! Naprawdę powiedział to wszystko przy dziecku? - Magda, najlepsza przyjaciółka Karoliny, aż wytrzeszczała oczy ze zdziwienia. 
Karolina pokiwała tylko głową. 
- Wiesz, zawsze uważałam, że Igor to porządny facet, ale po tym, co teraz usłyszałam, zmieniam zdanie. Pajac z niego i tyle. 
- Przypominam ci, moja droga, że mówisz o moim mężu. 
- Mężu?! Czy ty siebie słyszysz? Jakbyś zapomniała, ten twój mąż właśnie cię zostawił, uprzednio urządzając szopkę roku przy dziecku. 
- Magda, przestań. Dobrze wiesz, że Igor zawsze szybciej mówił niż myślał. 
- Nie wierzę, po prostu nie wierzę! - Magda była coraz bardziej wściekła. - Ty go jeszcze bronisz? Po tym wszystkim, co ci, przepraszam, wam zrobił? 
- Ciszej! Zaraz cała firma dowie się, że jestem ofiarą losu porzuconą przez męża. 
- Nie przez męża, tylko przez łajdaka. Ma palant szczęście, że od razu wyniósł się do tej Łodzi, bo jakbym go spotkała, to bym mu nogi z dupy powyrywała! 

Karolina też miała na to ochotę. I na kilka bardziej brutalnych czynów też. W pierwszej chwili, kiedy dwa dni temu Igor oznajmił jej, że się wyprowadza, bo w Łodzi czeka na niego ktoś bardzo ważny, miała ochotę chwycić nóż, który akurat leżał na stole i wbić mu go w aortę. Zamiast tego zapytała :
- Kto? 
- Słucham? - Igor zdawał się nie rozumieć pytania. 
- Kto na ciebie czeka w Łodzi? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ludzie, których tam szkolisz stali się nagle dla ciebie tacy ważni, że chcesz dla nich opuścić swoją ukochaną Warszawę? 
- No... Agata czeka. 
- Jaka Agata? 
- Moja. - Zdecydowanie, z jakim Igor wypowiedział to słowo zmroziło krew w jej żyłach. 
Wtedy usłyszeli dźwięk talerza uderzającego o podłogę. 
- A my? Nie jesteśmy twoi? - Po policzkach Wojtka przetaczały się dwie, ogromne łzy. 
- Synku, oczywiście, że jesteś mój. I bardzo cię kocham, ale od teraz nie będziemy już razem mieszkać. - Spokój Igora był przerażający. - Będę cię odwiedzać, ale teraz będę mieszkał w Łodzi. 
- Co? - Wojtek nagle pobladł. 
- Posłuchaj. - Igor spojrzał synkowi w oczy. - W Łodzi czeka na mnie ciocia Agata. Zobaczysz, kiedy ją poznasz, bardzo ją polubisz. Zabiorę cię tam już niedługo, bo wiesz, zależy mi, abyś poznał jeszcze jedną osobę. 
- Kogo? - Nagle perspektywa wyprawy do Łodzi wydała się Wojtusiowi kusząca. Szykowała się w końcu nowa przygoda. 
- Twojego braciszka. 
- Igor, na miłość boską! Opanuj się! Co za bzdury wygadujesz przy dziecku? - Karolina nie wytrzymała. 
- Chciałem powiedzieć ci wcześniej, ale... 
Uderzenie w twarz odebrało Igorowi mowę. 
- Zamknij się! Co ty wyprawiasz?! Wojtuś - kobieta odwróciła się do syna - idź proszę do swojego pokoju. Ja porozmawiam z tatą i zaraz do ciebie przyjdę. 
Wojtuś bez słowa skierował kroki do swojego lokum, po czym usiadł na łóżku i zaczął tępo wpatrywać się w ścianę. 
- Całkiem cię popierdoliło?! Rozumu nie masz?! 
- Karolina, dobrze wiesz, że od jakiegoś czasu nam się nie układało. A Agata... 
Cios w drugi policzek dosięgnął go z prędkością błyskawicy. 
- Nawet nie waż się wypowiadać przy mnie imienia tej zdziry. 
- O, wypraszam sobie. Tylko nie zdziry. 
Histeryczny śmiech Karoliny wypełnił kuchnie. 
- A ja sobie wypraszam takie rozmowy przy dziecku. 
- Przecież Wojtuś i tak by się dowiedział. - Igor sprawiał wrażenie, jakby nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. - Im wcześniej, tym lepiej. I tak mam zamiar zabrać go zaraz po Nowym Roku ze sobą, żeby poznał Kubusia. 
- Dlaczego? 
- Przecież to jego brat. 
- Igor - Karolina zbliżyła się do męża - czy tobie czegoś tu brakowało? 
- Nie, ale... 
- Jak mogłeś? - Kobieta przerwała jego tłumaczenie. - Te wszystkie szkolenia, to była tylko wymówka, tak? 
- Nie, to nie tak. Tak się złożyło, że pracowaliśmy razem z Agatą jakiś czas temu przy nowym projekcie i jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy się spotykać. Potem Agata zaszła w ciążę, urodził się Kubuś. I wreszcie musiałem podjąć decyzję, co dalej. 
- Wyjdź stąd. 
- Słucham? 
- Wynoś się! 
- Karolina, daj mi chociaż wytłumaczyć. 
- Wynocha, słyszysz?! Wynoś się z naszego życia! - Karolina przestała panować nad emocjami. Zaczęła pięściami okładać swojego męża. - Ty zdrajco pieprzony! Nienawidzę cię, słyszysz?! Nienawidzę! 
- Przepraszam. - Igor odsunął się od Karoliny i po raz ostatni spojrzał na żonę. - Naprawdę nie chciałem, żeby to się tak skończyło - dodał, po czym wyszedł z mieszkania. 
Karolina stała jeszcze przez chwilę przed zatrzaśniętymi przed momentem drzwiami, po czym szybkim krokiem udała się do syna. Usiadła delikatnie obok niego na łóżku i objęła go ramieniem. Wojtuś nawet nie zareagował. Cały czas tępo wpatrywał się w ścianę. 
- Zobaczysz synku, wszystko będzie dobrze. - Powiedziała Karolina, całując Wojtka w skroń. - Wszystko będzie dobrze...
Chociaż powiedziała to z pełnym przekonaniem, w głębi duszy wcale w to nie wierzyła.

Wojtuś usunął około północy wymęczony przez płacz. Karolina nie zmrużyła oka nawet na chwilę. Analizowała wszystko krok po kroku, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Każdą kłótnie, wszystkie ciche dni i każdy powrót Igora z delegacji. Jak mogła być tak głupia, tak ślepa, żeby nie zauważyć, że jej mąż ją zdradza. Że jeździ na te swoje szkolenia, a w miedzyczasie obraca jakąś pannę. Faktycznie, może od jakiegoś czasu nie było między nimi już tej tak zwanej chemii, ale po tylu latach związku to chyba normalne. Przecież kochała męża i mąż kochał ją... Nie chciała nawet dopuścić do siebie myśli, że te wszystkie piękne słowa wypowiadane w jej kierunku były jednym wielkim kłamstwem. Że te wszystkie czułe gesty nie były wykonywane z miłością. O, nie, tak nie dotyka mężczyzna, który nie kocha. A może gdzieś popełniła błąd. Tylko gdzie? Zawsze starała się być dobrą żoną i jeszcze lepszą matką. I wspaniale odnajdywała się w obydwu rolach. Nawet kiedy Magda, jej przyjaciółka od czasów liceum, załatwiła jej pracę w firmie, w której pracowała, nie zdarzyło się, żeby zaniedbała swoje obowiązki. Obiad zawsze był na stole, Wojtuś uśmiechnięty chodził do przedszkola, a potem do szkoły. Wieczory, kiedy Igor akurat nie był w rozjazdach, zawsze spędzali we trójkę. A noce... Noce były już tylko ich. 
Z zamyślenia wyrwał Karolinę dźwięk budzika. Kobieta zdała sobie sprawę, że zaraz wstanie nowy dzień. Dzień, na który wcale nie miała ochoty. Popatrzyła na syna, który spał w jej ramionach i wiedziała, że musi być silna, a przynajmniej taką udawać. Dla niego. 

***

 - Halo? - Karolina usłyszała wreszcie zaspany głos swojej przyjaciółki. 
- Madzia, nie mogę dziś przyjść do pracy. 
- Jakiej pracy? - Szósta rano była godziną, w której mózg Magdy trwał jeszcze w stanie spoczynku. 
- Naszej. Posłuchaj. Ja ci wszystko jutro wytłumaczę, ale dziś nie mogę przyjść. Poradzisz sobie sama? 
- Kochana, co się stało? - Magda nagle całkowicie się rozbudziła. - Przecież ty nigdy nie brałaś wolnego. 
- To nie jest rozmowa na telefon. Pogadamy jutro, dobrze? 
- OK. 
- Dzięki. Pa! 

Karolina rozpoczęła pierwszy dzień jako porzucona żona jak zawsze, czyli od kubka porządnej kawy. Miała już w głowie plan działania. Skoro ona ma wolne, Wojtek też nie pójdzie do szkoły. I tak już wszyscy żyją świętami, więc nie narobi sobie zaległości. Pojadą na zakupy, żeby oderwać myśli od wczorajszego wydarzenia, a wieczorem odbędą poważną, jedną z najtrudniejszych rozmów w życiu. W momencie, w którym Karolina zabierała się do robienia śniadania, do kuchni wbiegł podekscytowany Wojtek. 
- Mamo, zobacz! - Jego radosny okrzyk wywołał uśmiech na twarzy Karoliny, która pomyślała, że może ten dzień jednak nie będzie taki straszny. - Prezent! 
Faktycznie, Wojtek ledwo trzymał w dłoniach sporych rozmiarów pudło owinięte czerwonym, błyszczącym papierem. 
- To od tatusia. Zobacz, to jego pismo. 
Na kartoniku przyczepionym do prezentu widniał napis Dla ukochanego Synka. Jak byk - pismo Igora. 
- Skąd to masz? 
- Stało na komodzie, koło drzwi. Mogę otworzyć? 
Karolina zdała sobie sprawę, że najwidoczniej nie zauważyła poprzedniego wieczoru momentu, w którym jej mąż zostawił paczkę dla ich syna. 
- Kochanie - Karolina podeszła do Wojtka - oczywiście, że możesz, ale wiesz, że tata.... 
- Tata wróci. - Wojtuś przerwał mamie. - Ja to sobie wszystko przemyślałem i wiem, że tata nie zostawi nas dla jakiejś tam baby. Przecież nas kocha. Pojechał pewnie jej to powiedzieć i wróci na wigilię. 
- Synku, obawiam się, że taty nie będzie z nami ani w święta, ani w Nowy Rok, ani potem. 
- Nie słucham cię. - Wojtek niespodziewanie rzucił prezent na podłogę i zatkał uszy dłońmi. - Trala lalala , lala lalalala. Nic już nie słyszę. La lalalala, lalalala lala. - Śpiew chłopca słychać było w całym mieszkaniu. 
- Boże, daj mi siłę. - Karolina wzniosła oczy ku niebu. 

Reszta dnia minęła obydwojgu w napiętej atmosferze. Wojtek ciągle stał w oknie i czekał na swojego ojca. Każda próba rozmowy kończyła się zatykaniem uszu i śpiewaniem przez niego na cały głos. Karolina odchodziła od zmysłów i co chwilę wycierała łzy spływające po jej policzkach. Sytuacja powoli stawała się nie do wytrzymania. 
W tym samym czasie, kiedy późnym popołudniem w warszawskim mieszkaniu Igora i Karoliny Bieleckich między matką, a synem wybuchła awantura o choinkę, w oddalonej o 120 km Łodzi dumny tata na jednej ręce trzymał małego Kubusia, drugą zaś obejmował szczęśliwą, piękną, rudowłosą Agatę... 

IGOR

To wszystko było ponad jego siły. Nie mógł znieść już dłużej całej tej sytuacji. Z jednej strony jego żona i Wojtuś, z drugiej strony Agata i Kubuś. Boże, jak ona przypominała mu Karolinę z czasów kiedy dopiero się poznawali. Tęsknił za tą wersją swojej żony, zawsze uśmiechniętą, radosną, taką beztroską. Dzień, w którym wpadła na niego w Parku Praskim pamiętał, jakby to było wczoraj. Zrobiło mu się tak cholernie żal tej rozpłakanej dziewczyny. Wtedy nawet nie przypuszczał, że już za kilkanaście miesięcy dowie się, że zostanie ojcem. W pierwszej chwili był tak zszokowany, że aż nie wiedział, co powiedzieć. A potem oszalał. Kiedy tylko zamieszkali razem w domu państwa Bieleckich, zaczął kupować ubranka, przeróżne akcesoria, wózek (a ściślej rzecz ujmując dwa wózki, ale Karolina wytłumaczyła mu skutecznie, że jeden w zupełności wystarczy, więc jeden zwrócił), łóżeczko, kołyskę i masę innych, bardziej lub mniej potrzebnych rzeczy. Karolina na widok każdych kolejnych zakupów tylko kręciła głową i zastanawiała się, gdzie to wszystko upcha. Zapomniał tylko o jednym. O pierścionku. Wcześniej nawet nie rozmawiali o ślubie. Co prawda kilka razy w głowie Igora pojawiła się myśl, że Karolina to ta jedna, jedyna, z którą mógłby spędzić resztę życia, ale póki co wolał skupić się na pracy, spotkaniach z kumplami i na randkach, oczywiście. 
O ślubie po raz pierwszy wspomniała Janina, matka Igora, która dała młodym do zrozumienia, że warto byłoby przemyśleć tę kwestię. 

Ślub odbył się w czerwcu, dwa miesiące po narodzinach Wojtusia. Na weselu bawiło się 74 gości, w głównej mierze ze strony pana młodego. Karolina nie miała dużej rodziny. W zasadzie po śmierci rodziców, zostały z siostrą same. Anna błyskawicznie przejęła obowiązki i matki i ojca i robiła wszystko, co w jej mocy, aby stworzyć młodszej siostrze prawdziwy dom. Ale i ona miała swoje życie i wkrótce po chrzcinach, które odbyły się w sierpniu, starsza Nagrodzka wyprowadziła się do Krakowa, gdzie szybko poznała Krystiana, swojego przyszłego męża. 

Igor obawiał się, że obowiązki żony i matki przytłoczą Karolinę, ale szybko przekonał się, że był w błędzie. Jego piękna, młoda żona wręcz promieniała. Zawsze była pełna energii, na nic się nie skarżyła, a w nocy rekompensowała mężowi brak czasu w ciągu dnia ze szczególną starannością. 
Z okazji trzeciej rocznicy ślubu Igor i Karolina otrzymali od Janiny i Zdzisława Bieleckich mieszkanie na Grochowie. Wreszcie byli na swoim. I kiedy wydawało się, że nic nie jest w stanie zakłócić ich spokoju, Igor awansował i coraz częściej zaczął wyjeżdżać do Łodzi, gdzie znajdowała się główna siedziba jego firmy. Karolina dzielnie znosiła rozłąkę, ale zdarzało jej się urządzać mężowi niewinne sceny zazdrości. W samotne wieczory wyobraźnia płatała jej figle podsuwając najczarniejsze scenariusze. Tu, w Warszawie, miała go na oku. Obawiała się, że spuszczony ze smyczy, w Łodzi narobi głupstw. Cóż, miała rację. 

***

Agata zaczynała karierę zawodową od stanowiska sekretarki, jednak wrodzona ambicja sprawiła, że szybko awansowała. Wreszcie trafiła do zespołu Igora, który za każdym razem coraz śmielej spoglądał w kierunku koleżanki. Agata wiedziała, że to tylko kwestia czasu, kiedy wylądują razem w łóżku. Lubiła takie wyzwania. Często słyszała, jak przystojniak z Warszawy wychwala swoją żonę niemal pod niebiosa. A przecież ona nie była od niej gorsza. I tak pewnej deszczowej niedzieli dopieła swego. I tak, jak Igor, tamtego wrześniowego dnia na widok Karoliny nie przypuszczał, że spotkał na swej drodze matkę swojego syna, tak Agata nie miała wątpliwości, że Igor będzie jej. Na zawsze. 

Teraz, kiedy na świecie pojawił się Jakub, nie dawała mu w zasadzie wielkiego wyboru. I ona miała już dość całej tej sytuacji ; bycia wiecznie  tą drugą. Przekaz był jasny, albo ona, albo Warszawa. I chociaż Igor wciąż kochał żonę, postanowił, że to z Agatą spędzi resztę życia. Tamtego wieczoru, na tydzień przed Bożym Narodzeniem, wiedział, że nadszedł już ten moment,  że nie może się wycofać. Zdawał sobie sprawę, że niesamowicie zrani dwie osoby tak ważne w jego życiu, ale odwrotu już nie było. Teraz leżąc obok śpiącej Agaty musiał przyznać, że Karolina zachowała się z godnością. Prawie. Nerwy trochę jej puściły, ale był na to przygotowany. Jednak kiedy spojrzał w oczy Wojtusia, był bliski zmiany zdania, co bardzo go zaskoczyło. Wiedział jednak, że Karolina i tak nigdy nie wybaczyłaby mu zdrady. Teraz pragnął tylko, aby żona nie utrudniała mu kontaktów z synem. Reszta przecież układała się wspaniale. Rozdział pod tytułem Karolina został zamknięty raz na zawsze. Przynajmniej tak mu się wtedy wydawało. 

KAROLINA

 - Siostrzyczko, nie daj się prosić. Przyjedźcie do nas na święta. Dwa puste talerze na stole będą na was czekały. - Ania, starsza siostra Karoliny próbowała wszelkimi sposobami ściągnąć do sobie siostrę i swojego chrześniaka. 
- Nie, naprawdę. Nie będę psuć wam radosnej atmosfery. Zresztą, Wojtek nie chce nigdzie się ruszać. 
- Właśnie, kochana. Jak on sobie z tym wszystkim radzi? 
- Szkoda gadać. Prawie wcale się do mnie nie odzywa. Siedzi ciągle w swoim pokoju. Prawie nie je i nie pije. To będą chyba najgorsze święta w naszym życiu. 
- Jak Boga kocham, zatłukę tego skur...
- Ania! Od kiedy ty używasz takich brzydkich słów? Aż nie chce mi się wierzyć. - Karolina zaczęła droczyć się z siostrą. 
- Po prostu martwię się o ciebie. I właśnie dlatego powinniście do nas przyjechać. 
- Nie, Aniu. Dziękuję, ale wolę teraz pobyć sama. Muszę sobie to wszystko jakoś poukładać. 
- A Igor? Dzwonił? 
- Tak, ale nie odebrałam. Nie jestem jeszcze gotowa na rozmowę z nim. 
- Spokojnie, Krystian już powiedział, że jak go tylko spotka, to obije mu tę jego twarzyczkę tak, że już Agatka nie będzie go chciała. 
Na twarzy Karoliny wreszcie pojawił się uśmiech. 
- Oj, siostrzyczko. Gdyby to było takie proste... 

Chyba nigdy Karolina nie dostała tylu zaproszeń na wigilię. Oprócz u siostry, była też mile widziana u Madzi i jej narzeczonego Roberta. Chęć przygarnięcia biednych wędrowców (jakimi nagle stali się Karolina i Wojtek) wyrazili też rodzice przyjaciółki. Nawet Lena, przyjaciółka z dzieciństwa, z którą teraz Karolina miała dość słaby kontakt, zaprosiła ją do siebie na wieś. Swoją drogą, Bielecką zastanawiał fakt, skąd Lena wiedziała o wyprowadzce Igora. Karolinie nie dawała spokoju tylko jedna kwestia - cisza ze strony teściów. Co prawda rodzice Igora od kilku lat zawsze w porze świąt wylatywali w ciepłe kraje, ale czy to możliwe, aby ich najukochańszy syn nie powiadomił ich o swojej decyzji? 

***

W wigilijny poranek Karolina wraz z Wojtusiem siedzieli w czterech ścianach mieszkania, które na każdym kroku przypominało im Igora. Co prawda kobiecie udało się pochować w tajemnicy przed synem wszystkie wspólne zdjęcia, jednak jego zapach nadal unosił się w mieszkaniu. Po późnym śniadaniu matce z trudem udało się namówić syna na spacer. Kiedy przemierzali w milczeniu ulice Warszawy, wzrok Karoliny przykuła krzątanina na jednym z osiedli. Na kilku stołach błyszczały idealnie wyprasowane, śnieżnobiałe obrusy. Z daleka czuć już było zapach świątecznej kapusty z grzybami. Z głośników rozstawionego gdzieś w ukryciu sprzętu muzycznego rozbrzmiewały bożonarodzeniowe utwory. Karolina nagle dostrzegła na oko trzydziestokilkuletniego mężczyznę, który biegał między stołami, sprawiając wrażenie, jakby nie wiedział, w co ma włożyć ręce. 
- Przepraszam. - Karolina podeszła z Wojtusiem bliżej. - Co tutaj się dzieje? 
- Koniec świata, proszę pani! Koniec świata! - Odparł z przerażeniem mężczyzna. 
- Słucham? - Karolina nie kryła swojego zdziwienia. 
Mężczyzna zaczął się śmiać. 
- Przepraszam - zaczął. - Organizuję taką małą wigilię dla najbardziej potrzebujących mieszkańców naszej dzielnicy. Nic szczególnego, ale miejsce znajdzie się dla każdego. Miała pomagać mi moja sąsiadka, ale dwa dni temu złamała nogę i syn zabrał ją wcześniej do siebie, do Wyszkowa. - Mężczyzna zaczerpnął powietrza, po czym kontynuował. - Koniec końców zostałem sam i próbuję to jakoś ogarnąć, ale chyba kiepsko mi to wychodzi. A do pierwszej gwiazdki coraz bliżej. - Mężczyzna popatrzył w niebo. 
- Nie miałam pojęcia, że będzie tu coś takiego organizowane. 
- A, bo wie pani, to taka spontaniczna akcja. 
- A to nie trzeba mieć żadnej zgody na organizację tego typu przedsięwzięcia? 
Mężczyzna stanął jak wryty. 
- Eee, to znaczy... - Organizator wigilii zaczął się jąkać. - Szczerze mówiąc, kompletnie o tym nie pomyślałem. 
- Miejmy w takim razie nadzieję, że ani policja, ani straż miejska nie będą zapuszczać się dziś l w te rejony. 
- Oby. Głupio by wyszło, gdybym musiał wszystko zwijać. W końcu to wigilia, czas cudów. Może nawet jak tu zajrzą, to przemówią ludzkim głosem i pozwolą przybyłym w spokoju zjeść posiłek. - Nieznajomy uśmiechnął się nieśmiało. 
- A czemu ci ludzie przyjdą tu jeść? - Ciekawość zwyciężyła i wreszcie Wojtek przemówił pełnym zdaniem dołączając do dyskusj. 
- Młody człowieku, zapewne wiesz, że czasami różnie to się w życiu układa. Niektórzy z nich nie mają pieniędzy, żeby zorganizować kolację w domu, inni nawet tego domu nie mają. A ja chciałbym, żeby chociaż przez chwilę poczuli się dobrze. - Wyjaśnił chłopcu mężczyzna. 
- Że niby taka magia świąt, tak? - Wojtuś zapytał z sarkazmem. - A wie pan, że święta są głupie? 
- Wojtek! Proszę cię, uspokuj się. - Matka zwróciła uwagę synowi, po czym powiedziała do mężczyzny. - Przepraszam, małe kłopoty rodzinne. 
- Nic nie szkodzi. Rozumiem. Nie zatrzymuję już pani, w końcu jest wigilia. Czas dla rodziny. - W jego głosie dało się wyczuć smutek. - Wesołych Świąt życzę. 
Mężczyzna pozdrowił ich jeszcze skinieniem głowy, po czym wrócił do swoich zajęć. 

- Nie popisałeś się mój drogi. - Karolina była rozczarowana zachowaniem syna. 
- O co ci znowu chodzi? - Chłopak sprawiał wrażenie, jakby nic go nie obchodziło zdanie matki. 
- Byłeś niegrzeczny, wiesz? 
- I co z tego? Powiedziałem prawdę. Święta są do dupy. - Wojtek wypalił bez zastanowienia. 
- Wojtek! Co to za słownictwo? 
- Normalne. 
- O nie, nie będziesz tak się wyrażał. Nie tak cię z ojcem wychowaliśmy. - Kobieta była w tym momencie naprawdę wściekła. 
- Z ojcem? Jakim ojcem? Widzisz go gdzieś tu? Bo ja nie! Kiedy my łazimy po mieście i marzniemy, on pewnie bawi się z tym dzieciakiem. Pewnie budują wieżę z klocków albo urządzają wyścigi malutkimi samochodzikami. 
- Wojtuś... 
Nagle Wojtek zupełnie niespodziewanie przytulił się do mamy. 
- Czy ze mną tatuś już nigdy nie będzie się bawił? - Zapytał przez łzy. 
Kobieta uklekła przed synem, objęła jego twarz dłońmi i powiedziała szczerze :
- Posłuchaj, to, że ja nie jestem już z tatą nie znaczy, że on cię nie kocha. Na pewno okropnie za tobą tęskni. I z pewnością chciałby teraz mieć cię przy sobie. Ale musimy wszystko sobie z tatą poukładać. 
- Rozwiedziecie się? 
- Nie wiem synku, naprawdę nie wiem. Wracamy do domu? 
- Nie chcę tam iść, mamo. Kocham cię, ale nie chcę tam być, kiedy nie ma z nami taty. - Wojtek wreszcie zdobył się na szczere wyznanie. 
- A co byś powiedział na to, żebyśmy pomogli temu panu? My co prawda nie chcemy w tym roku obchodzić świąt, ale są osoby, którym bardzo na tym zależy. Poza tym zajmiemy czymś myśli. Co ty na to?  
- W sumie, czemu nie? 
- W takim razie chodźmy! A po powrocie może otworzysz prezent od taty, bo widziałam, że nadal nierozpakowany stoi pod twoim biurkiem?  
Wojtuś z uśmiechem pokiwał głową. 

Pół godziny później Wojtek wypełniał już megaważne zadanie rozłożenia talerzy i sztućcy na stołach, Karolina kroiła pieczywo, w międzyczasie pilnując, aby kapusta gotująca się w dużym garze  na kuchence polowej się nie przypaliła, a Tomek rozstawiał krzesła dla gości, którzy lada moment mieli zacząć się schodzić na skromną, symboliczną wieczerzę. 

TOMASZ 

Jako 16-letnia dziewczyna, Monika Szydlik wpadła w fatalne, dużo starsze towarzystwo. Szybko rzuciła szkołę, która, jak wtedy sądziła, nie była jej do niczego potrzebna i przeniosła się z zabitej dechami dziury do stolicy, gdzie zamieszkała w mieszkaniu Michała, miłości swojego życia. Przeprowadzka ta okazała się jej pierwszym gwoździem do trumny. Młoda dziewczyna kuszona blichtem wielkiego miasta szybko popadła w tarapaty. Wyrzucona przez chłopaka z mieszkania, tułała się ulicami Warszawy. Przez kilka lat żyła na krawędzi. Używki, narkotyki, alkohol - były na porządku dziennym. Do tego mniejsze i większe kradzieże. Kłopoty z prawem. I kiedy wydawało się, że sięgnęła już dna, pomocną dłoń ku młodej kobiecie wyciągnęła matka Tomka, przez wielu warszawiaków uważana za najlepszą psycholog w mieście. A wszystko, jakżeby inaczej, zaczęło się w piękną, śnieżną wigilię kilka lat temu. 

Monika podjęła wtedy decyzję (po raz setny w ciągu kilku ostatnich lat), że kończy z całym tym głównem. Nie bez znaczenia okazała się w tej kwestii śmierć jej ówczesnego chłopaka, który po prostu dał sobie w żyłę o jeden raz za dużo. Kiedy Monia po jego śmierci wreszcie zaczęła funkcjonować w miarę normalnie, czyli najzwyczajniej w świecie poczuła głód i wyszła na miasto, postanowiła, że albo jej się uda, albo że ze sobą skończy. Krocząc jedną z ulic warszawskiej Pragi, trafiła na Eleonorę Leszczyńską , która zamiast narkomanki, zobaczyła w niej piękną dziewczynę, która potrzebowała pomocy. Pierwszym krokiem w nowym życiu miała okazać się wspólna kolacja wigilijna, na którą Monia została z miejsca zaproszona. Dziewczynie było w zasadzie wszystko jedno gdzie spędzi nadchodzący wieczór, więc bez większego namysłu przystała na tę propozycję. 

Tomasz w przeciwieństwie do swojego ojca, przywykł już do częstych wizyt obcych ludzi w swoim mieszkaniu. Dlatego też Monika nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Ot, kolejna zagubiona dusza, której jego matka postanowiła pomóc. 
Z racji tego, że doktor Leszczyńska miała w środowisku medycznym spore znajomości, Monia szybko trafiła na odwyk do specjalistycznej kliniki, gdzie przez wiele miesięcy toczyła walkę o życie, bo w tamtym momencie właśnie tego chciała - żyć. Jednak po wyjściu z kliniki zdała sobie sprawę, że nie ma dokąd pójść. Z rodziną nie utrzymywała żadnych kontaktów, znajomych w zasadzie nie miała. W jej głowie pojawił się makabryczny plan - pożegna się z jedyną osobą na tym świecie, która wyciągnęła do niej pomocną dłoń, a potem rzuci się w otchłań królowej polskich rzek i już nigdy nikomu nie będzie wchodzić w drogę.

 Kiedy zapukała do mieszkania Eleonory i Wacława Leszczyńskich, drzwi otworzył jej Tomasz. 
- Tak? 
- Dzień dobry. Czy zostałam panią Elę? 
- Niestety, mamy jeszcze nie ma w domu. Coś jej może przekazać? 
- W zasadzie... nie. Może po prostu przyjdę później. - Monia była wyraźnie zakłopotana. Trochę zaskoczył ją widok Tomka. Pamiętała go jako wyrostka, który nawet podczas wigilijnej kolacji myślami był gdzieś daleko, tymczasem stał przed nią całkiem przystojny facet w modnych dżinsach i opinającym czarnym podkoszulku. Na jego twarzy było widać dwudniowy zarost, który dodawał mu powagi. Jego brązowe oczy dokładnie jej się przyglądały. 
- Zaraz, zaraz. Czy ty przypadkiem nie byłaś u nas w zeszłym roku na wigilii? 
- Tak, to ja. 
- Matko, kochana! Ależ ty się zmieniłaś. Jesteś nie do poznania. Już cię wypuścili? 
Monia marzyła w tamtym momencie tylko o tym, aby zapaść się pod ziemię. 
- Wchodź. - Michał nie zdawał sobie z tego sprawy i gestem ręki zaprosił dziewczynę do środka. - Mama ucieszy się na twój widok. Jesteś jedną z nielicznych, którym się udało. Kurczę, ta moja stara to jednak jest cool. 
Monia uśmiechnęła się pod nosem. Sama kiedyś też tak się wyrażała, teraz najchętniej nie odzywałaby się w ogóle. 
- Siadaj. - Chłopak wskazał jej krzesło przy kuchennym stole. - Co prawda miałem zaraz lecieć do kumpla, ale nic się nie stanie, jak trochę na mnie poczeka, a my w tym czasie wypijemy sobie herbatę i pogadamy. - Dobrze, że Monia już siedziała, bo na widok jego uśmiechu z pewnością ściełoby ją z nóg. 
Kiedy Tomek zabrał się za nastawianie wody, Monia rozejrzała się szybko po kuchni. Ktoś tu musi mieć kupę kasy - pomyślała. Chociaż nie bardzo znała się na aranżacji wnętrz, od razu wiedziała, że zarówno zestaw kuchenny, jak i sprzęty AGD musiały kosztować majątek. Wszystko było urządzone ze smakiem, a po kuchni unosił się aromat ziół. 
- No to opowiadaj. - Tomek postawił przed Monią kubek z parującą herbatą. 

Chłopak okazał się wyjątkowo dobrym rozmówcą. Moni przeszło nawet przez głowę, że łatwość w nawiązaniu relacji musiał wyssać z mlekiem matki. Jego ojca zapamiętała raczej jako... nadętego bufona, ale oczywiście nie zamierzała z nikim podzielić się tym spostrzeżeniem. 

Rozmawiali w wyjątkowo przyjemnej atmosferze jeszcze przeszło godzinę, aż do powrotu rodziców Tomasza. Potem jeszcze wielokrotnie spotykali się na mieście, a Monia nie zamierzała już nigdy zbliżać się do Wisły. W 2012 roku podjęli decyzję o wspólnym zamieszkaniu. W 2014, w atmosferze skandalu (chociaż matka Tomka była aniołem, razem z mężem nie do końca akceptowali wybór syna), ślubowali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Mieli być ze sobą na dobre i na złe. Dlaczego więc teraz, w ten wyjątkowy, grudniowy dzień, kiedy na osiedlu, na którym mieszkał, kręciło się mnóstwo ludzi, Tomasz czuł się tak cholernie samotny? 

Karolina 

- Nigdy nie sądziłam, że przygotowanie takiej kolacji wymaga aż tyle organizacji. - Karolina była wyczerpana całym wieczorem. Gdyby chociaż wiedziała, że czeka ją coś takiego, założyłaby jakieś wygodniejsze buty. Musiała jednak przyznać, że to było niesamowite przeżycie. Te wszystkie uśmiechy tych biednych ludzi, którzy tego dnia nie musieli być sami bardzo poruszyły jej serce. 
- Też jestem zaskoczony. - Tomasz przyznał z rozbrajającą szczerością. - Dobrze, że mi pomogliście, sam w życiu nie dałbym rady. 
- Nie ma sprawy. I tak nie mieliśmy dokąd wracać. - Karolina spuściła wzrok. 
- Jak to? - Tomasz nie mógł uwierzyć własnym uszom. 
I wtedy Karolina postanowiła opowiedzieć  mu historię pewnej naiwnej kury domowej zdradzonej i opuszczonej przez ukochanego męża. Boże, jakie to było żałosne. 
- I chcesz mi powiedzieć, że ten skur... - Tomek ściszył głos, bo zorientował się, że przecież Wojtek może słyszeć ich rozmowę - zabrał wam mieszkanie? 
Karolina zdała sobie sprawę, że źle się wyraziła, w związku z czym Tomek musiał pomyśleć, że są z Wojtusiem bezdomni. W tamtej chwili dotarło do niej, że użala się nas sobą, a przecież mogła być w o wiele gorszej sytuacji. Czy gdyby Igor sprowadził Agatę do Warszawy, naprawdę byłby zdolny do tego, aby wyrzucić ich z mieszkania? 

Gdy sytuacja została wreszcie  wyjaśniona, a ze stołów zniknęła już zastawa i resztki jedzenia, w podziękowaniu za pomoc Tomasz zaprosił Karolinę i Wojtka do siebie na kubek gorącej herbaty i kawałek ciasta. 

***

Karolina była pod wrażeniem mieszkania Tomka. Było takie... ciepłe. Może trochę zabałaganione, ale widać było, że ktoś włożył ogrom pracy, aby nie chciało się z niego wychodzić. Podczas gdy Tomek przygotowywał wszystko w kuchni, a Wojtuś skorzystał z sytuacji i rozgościł  się w salonie przed telewizorem, Karolina postanowiła troszkę pomyszkować. Lubiła oglądać cudze mieszkania i czerpać z nich inspiracje. Doskonale pamiętała czasy, gdy jeszcze mieszkając w podwarszawskim Radzyminie zdarzało jej się zaglądać ludziom do domów przez okna. Dobrze, że nikt jej wtedy nie przyłapał. Uśmiechnęła się sama do siebie na to wspomnienie. Po oględzinach kuchni, łazienki i salonu weszła do pokoju. I wtedy je zobaczyła. Dziecięce łóżeczko. I masę rozrzuconych rzeczy dla dziecka. Ubranka, zabawki, gryzaki. Karolina szybko się wycofała. Wiedziała, że nie wypada pytać, gdzie jest rodzina Tomka, ale ciekawość zżerała ją od środka. Każdy w końcu ma jakieś wady. I jakieś tajemnice.


                                                    
ROZDZIAŁ 2

KAROLINA 

Od ostatniego Bożego Narodzenia (które ciągnęło się dla Bieleckich w nieskończoność) minęły już cztery miesięce. Świat powoli wracał do życia. Na drzewach pojawiały się już pierwsze pączki. Słońce coraz śmielej ogrzewało ludzkie twarze. Zimowe ubrania już dawno trafiły do szaf. Zapowiadało się upalne lato. 
Karolina z Wojtkiem doszli już do sobie na tyle, na ile było to możliwe. Wielkanoc spędzili w Krakowie u ukochanej cioci Ani, która podczas wspólnego śniadania podzieliła się z najbliższymi radosną nowiną. Ten wyjazd dobrze na nich wpłynął. Życie zaczęło nabierać wreszcie kolorowych barw. 

Wbrew zapewnieniom, Igor wcale nie zabrał Wojtka do Łodzi, chociaż młody wyraźnie był tym faktem zawiedziony. Chociaż często powtarzał, że jest już dorosłym mężczyzną, w rzeczywistości  dziecięca ciekawość często brała górę i syn Karoliny był po prostu szczerze zainteresowany nowym życiem ojca. Matka nie miała mu tego oczywiście za złe, ale często zastanawiała się nad tym, co przyniesie im przyszłość. Podczas jednej z niewielu rozmów telefonicznych były mąż obiecał Bieleckiej, że zabierze ich syna do siebie na wakacje. A jeżeli Wojtkowi naprawdę się tam spodoba? Karolina nie chciała dopuścić do sobie myśli, że mogłaby zostać kiedyś w warszawskim mieszkaniu sama. Nic nie przerażało jej tak bardzo, jak wizja samotnej starości. 

Madzia za każdym razem pocieszała swoją przyjaciółkę mówiąc jej, że przecież jest jeszcze młoda i całe życie jest przed nią. Po cichu liczyła na to, że jej przyjaciółkę i Tomasza może połączy coś więcej, bo czuła, że Karolina zafascynowana jest nowym znajomym, jednak Karolina za każdym razem skutecznie studziła jej zapędy. Jak chociażby podczas ostatniego babskiego wieczoru. 

- Daj, doleję ci jeszcze. - Magda postanowiła otworzyć drugie tego wieczoru wino. 
- Zrobisz ze mnie alkoholiczkę. - Karolina spojrzała groźnie na przyjaciółkę. - Czy zdajesz sobie sprawę, że przez ciebie wypiłam przez ostatnie cztery miesiące więcej niż przez całe swoje życie? 
- Bez przesady. To dla zdrowotności. - I do rozwiązania języka - dodała w myślach. 
- Ja już dziękuję. Naprawdę. 
- Ech, to ja też już sobie daruję. - Madzia odstawiła nieodkorkowaną butelkę na stół. - Ale i tak musisz zdać mi relację z twojego ostatniego spotkania z Tomkiem. 
- Matko, Madziula, mówiłam ci już, że wpadłam na niego całkiem przypadkiem. Przecież wiesz, że nie utrzymuję z nim kontaktu. 
- A szkoda. Dał ci przecież swój numer. Mogłabyś wreszcie do niego zadzwonić i poprosić o tę przysługę, którą obiecał ci w ramach podziękowania. Z tego, co opowiadałaś, to całkiem fajny facet. 
- Który prawdopodobnie ma rodzinę. - Karolina nie omieszkała przypomnieć o tym Madzi. 
- Każdy ma jakąś rodzinę. - Magda wzruszyła ramionami. - A to puste łóżeczko świadczyło pewnie o tym, że i on nie miał szczęścia w miłości. Gorąco tu. Otworzę okno. 
- Ktoś tu chyba wypił o jeden kieliszek dużo? 
- Oj tam, nie zmieniaj tematu, ok? Musisz przyznać, że to dziwne, że wcześniej nigdy na siebie  nie wpadliście, a teraz ciągle wasze drogi się krzyżują. 
- Proszę cię już przestań. Warszawa w końcu nie jest taka duża. Nie jest wykluczone, że miajaliśmy się czasami na ulicy, tylko po prostu nie zwracaliśmy na sobie uwagi. 
- A ja ci mówię, że to przeznaczenie. - Magda nie dawała za wygraną. - Powinnaś skorzystać z okazji i wybadać czy jest sam. 
- A potem co? 
- Nic. Przecież nie twierdzę, że masz z nim być, ale nie wierzę, że nie brakuje ci mężczyzny. Mam rację?
Kobieta nie odpowiedziała. 

Karolina nigdy nie dopuszczała do sobie myśli, że mógłby dotykać ją ktoś inny niż Igor. Były mąż był jej pierwszym i ostatnim facetem. Była święcie przekonana, że przez życie przejdzie właśnie w jego towarzystwie. Że razem będą najpierw wychowywać dzieci, a potem bawić wnuki. A teraz została sama. Łapała się czasami na tym, że zastanawiała się, czy on o niej myśli. Czy wspomina ich wspólne chwile. Czy chociaż raz przeszło mu przez myśl, że mogliby do sobie wrócić. Chociaż bardzo cierpiała, Karolina obawiała się, że gdyby któregoś dnia zapukał do jej drzwi z walizką w ręku, ona bez wahania wypuściłaby go z powrotem do swojego życia. Mimo, że każdy mówił o nim były, przecież nadal był jej mężem. Jeszcze. Nie mogła przecież wiedzieć, że podczas jednych z takich rozmyślań, w Łódzkim mieszkaniu pod czujnym okiem Agaty, Igor wreszcie postanowił napisać pozew rozwodowy.  

Lipiec 2018 
Karolina 

Karolina miała naprawdę wiele zalet, z których nie do końca zdawała sobie sprawę : zawsze była punktualna, sumienna, pomocna - często nawet swoim kosztem. Była też oazą spokoju. Jej znajomi zawsze powtarzali, że lubią przebywać w jej towarzystwie, bo ma w sobie coś takiego, co sprawia, że człowiek od razu się odpręża. Może był to szczery uśmiech, a może po prostu wrodzony dar słuchania i doradzania? Zresztą, jak zwał, tak zwał. Wiadomo jednak, że nawet największa oaza spokoju może wybuchnąć. Stało się to dokładnie 13 lipca, o ironio, w jej urodziny. A to miał być taki piękny dzień. Obudził ją nieśmiały promyk słońca muskajacy jej twarz. Od pierwszej chwili, w której otworzyła oczy, Karolina przeczuwała, że to będzie wyjątkowy dzień. I był. Tylko nie tak, jak to sobie wymarzyła. Miało być przecież tak pięknie. Miało być wspólne śniadanie z Wojtkiem, potem małe zakupy i kino. Po południu obowiązkowa wizyta w lodziarni, żeby się troszkę ochłodzić, w końcu zapowiadał się kolejny, upalny dzień. A na koniec miała wpaść Madzia z Robertem i kilkoro znajomych na skromny, urodzinowy poczęstunek. I wszystko byłoby super, gdyby tak misternie zaplanowanego czasu nie popsuła wizyta listonosza i przesyłka, którą jej wręczył. Pozew rozwodowy. Cholera jasna! Gdyby wrócili z Wojtkiem kilka minut później, znalazłaby w skrzynce tylko awizo i nie musiałaby teraz planować kupna nowego lustra, które rozpadło się na tysiące malutkich kawałków pod ciężarem uderzenia kryształowego wazonu. 
Cholerny piątek trzynastego! 
I jeszcze ta przeklęta impreza urodzinowa. W pierwszej chwili kobieta chciała ją odwołać, ale pomyślała, że towarzystwo przyjaciół pozwoli jej chociaż na chwilę zapomnieć o problemach. Poza tym wszystko było już przygotowane. Całą zeszłą noc spędziła na gotowaniu, krojeniu, smażeniu i pieczeniu. Byłoby szkoda, gdyby teraz wszystko miało pójść na zmarnowanie. 

Koło 18.30 zaczęli schodzić się pierwsi goście, a o 19 byli już w komplecie. Jak się okazało... prawie. Kilka minut po siódmej rozległ się dzwonek do drzwi. 
- Ciekawe, kto to? - Zdziwiła się Karolina. Absolutnie nie spodziewała się żadnych niezapowiedzianych gości. 
- Błagam cię. Tylko mnie nie zabij. - Odezwała się szeptem Madzia. 
- Nie rozumiem. - Karolina spojrzała zaskoczona na przyjaciółkę. 
Na wyjaśnienia nie było już jednak czasu, bo tajemniczy gość stojący po drugiej stronie drzwi uparcie domagał się otwarcia. Kiedy Karolina wreszcie mu  otworzyła, pierwszym co ujrzała był ogromny bukiet białych róż, zza którego po chwili wychylił się... Tomasz. 
- Wszystkiego najlepszego. 
- Yyy, dziękuję. - Odparła zaskoczonaKarolina. Tomasz był w tamtym momencie ostatnią osobą, którą spodziewała się ujrzeć. 
- Proszę, to dla ciebie. - Tomasz uśmiechnął się szeroko wręczając jubilatce bukiet. - Wstyd się przyznać, ale nie wiedziałem, co lubisz, więc kwiaty wydały mi się idealnym rozwiązaniem. 
- Tak, są wyjątkowo piękne. Dziękuję. 
- Wpuścisz mnie? 
- Tak, tak. Przepraszam. Wchodź. - Karolina wreszcie wpuściła gościa do środka. 
Po przedstawieniu Tomasza zebranym wszyscy zasiedli do stołu i rozpoczęła się prawdziwa uczta. Żaden z gości nie zauważył momentu, w którym Karolina posłała Magdzie złowieszcze spojrzenie. Madzia zdała sobie sprawę, że wpadła w poważne tarapaty. 

- Jak mogłaś w tajemnicy przede mną zaprosić Tomka?! - Karolina była naprawdę wściekła. 
- Karola, posłuchaj. Ona chciała dobrze... - Robert zaczął bronić narzeczonej. 
- Robert, proszę cię. Zostaw nas same, dobrze? -  Karolina była na skraju wytrzymałości. 
Robert spojrzał na Madzię. Ta skinieniem głowy dała mu znać, że to będzie najlepsze rozwiązanie. 
- OK. Czekam w takim razie w samochodzie. Tylko proszę, nie pozabijajcie się tutaj. - Po chwili już go nie było. 
- Kochana, posłuchaj. Daj wszystko sobie wytłumaczyć. 
- Słucham. - Karolina miała już w łzy w oczach. Miała wrażenie, że wszystko znów zaczyna wymykać się jej spod kontroli. 
- Bo ja chciałam dobrze. - Zaczęła Magda. - Myślisz, że nie widzę tego smutku w twoich oczach? Od rozstania z Igorem jesteś taka przygaszona. A Tomasz.... 
- Co Tomasz?! - Karolina gwałtownie przerwała przyjaciółce. 
- Może ty nie chcesz się do tego przyznać, ale ja widzę ten błysk w twoich oczach, kiedy tylko o nim rozmawiamy. - Teraz to Magda podniosła głos. - Zapomnij wreszcie o Igorze i zacznij żyć! 
- Madzia, na Boga. O czym ty mówisz?! 
- On ci się podoba i nawet nie próbuj mi wmówić, że jest inaczej. A ja nie mogę już patrzeć, jak cierpisz. Za dobrze cię znam. 
- I dlatego postanowiłaś zabawić się w swatkę? 
- Chciałam, żeby było miło. - Powiedziała skruszona Magda. 
- I masz szczęście, że było miło, bo w przeciwnym razie byłabyś już byś nie żyła. 
Na chwilę zapadła grobowa cisza, po czym przyjaciółki wreszcie się roześmiały. 
- Przepraszam. Naprawdę nie chciałam postawić cię w takiej sytuacji. Jakoś tak spontanicznie wpadłam na ten pomysł. Ze  zdobyciem jego numeru nie miałam problemu, bo przecież ciągle zostawiasz telefon na biurku. Zanim poszłaś na urlop troszkę się nim porządzilam. 
- Chcę, żebyś wiedziała, że jestem na ciebie wściekła, ale nie mam już siły o tym rozmawiać. - Karolina wreszcie się uspokoiła . 
- Faktycznie, lepiej już pójdę. Robert pewnie już umiera z niepokoju i snuje już pewnie wizję mojego zakrwiawonego ciała. - Magda skierowała się do drzwi. - Wiem, że dałam ciała, ale... 
- Ale... 
- On nie patrzył na ciebie obojętnym wzrokiem. - Madzia cmoknęła Karolinę w policzek i wyszła z mieszkania. 


1 komentarz:

  1. I gdzie dalszy ciąg?? Już nie mogę się doczekać dalszych losów :)

    OdpowiedzUsuń