poniedziałek, 14 maja 2018

"Zakazany układ" K.N.Haner

 Pierwsze spotkanie


 Jak możecie wywnioskować po tytule, jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością K.N.Haner. Czy mogę zaliczyć je do udanych?


 Nicole ucieka z domu i udaje się nad urwisko, z którego ma zamiar skoczyć do oceanu odbierając sobie życie. W tym samym czasie i w tym samym miejscu dokonuje się krwawa egzekucja. Jako przypadkowy, a zarazem niewygodny świadek, Nicole trafia do domu Marcusa, w sam środek mafijnego piekła. Skoro dziewczyna chciała umrzeć, dlaczego mafioso wciąż trzyma ją przy życiu?
 Wreszcie Nicole i gangster wchodzą w pewien układ mający na celu wyeliminowanie największego wroga Marcusa. Tyle tylko, że gdy w grę wchodzi miłość, wszystko się komplikuje...

 Chociaż dopiero teraz zdecydowałam się na przeczytanie jednej z powieści autorki, na fb obserwuję ją już od dłuższego czasu i z całą pewnością mogę stwierdzić jedno - K.N.Haner jest jedną z autorek, które budzą największe kontrowersje wśród czytelników.
 Przeglądając różne wypowiedzi w sieci, doszłam do wniosku, że ją się albo kocha, albo nienawidzi. A do której grupy dołączę ja?


 Jeżeli chodzi o fabułę - mnie pomysł bardzo się podobał. Może mafia i te wszystkie reguły panujące w tamtym świecie nie są nam jakoś szczególnie bliskie, ale według mnie autorka dobrze ujęła temat. Było mocno, dramatycznie, czasami poruszająco i nawet pokuszę się o stwierdzenie, że momentami też elektryzujaco.
 Jeżeli chodzi o język - w zasadzie nie mam się do czego przyczepić. Może nie jest jakiś wybitnie poetycki, ale na miłość boską - to erotyk, a one rządzą się swoimi prawami! Prawami, które dla mnie nie do końca są zawsze zrozumiałe...

 Nienawidzę braku szacunku dla drugiego człowieka (mówię tu o bohaterach), dlatego też na początku ciężko było mi się wczuć w fabułę. Co prawda z upływem czasu Marcus nabierał jakby ludzkich cech, ale niestety nie zdążyłam go polubić. Jak można zabić kogoś bez mrugnięcia okiem?! Wybory i decyzje Nicole też nie do końca były dla mnie zrozumiałe, ale w jej przypadku byłam bardziej wyrozumiała (kobiety ciągnie do bad boy'ów). Chociaż w realnym świecie byśmy pewnie się nie polubiły.

 Tak jak pisałam wcześniej, literatura erotyczna rządzi się swoimi prawami. Tu nie ma być lekko, nie ma być ładnie, ma być ostro i pikantnie, ale ze smakiem. A według mnie tego smaku czasami brakowało.
 Ale wiecie co, to już nawet nie chodzi o to, że coś tam autorka zrobiła źle, tylko raczej o to, że pewne aspekty, ze względu na wychowanie i przekonania, są dla mnie po prostu niedopuszczalne i ciężkie do zrozumienia i akceptacji. Np. te zbiorowe orgie po udanej akcji. Dla bohaterów to było coś normalnego, że spraszali do willi Marcusa panienki do towarzystwa, i stosując język autorki, rżneli je gdzie popadnie i przy wszystkich.
 Zostałam wychowana w przekonaniu, że intymność to rzecz święta, i sprowadzenie tego aktu do czegoś kompletnie wyciśniętego z wszelkich uczuć, emocji i szacunku, działa na mnie odrzucająco.

 Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, że jest wiele osób, którym to nie przeszkadza. Gdyby ta książka trafiła w ręce mojego taty - pewnie zaraz by do mnie przybiegł z zapytaniem, czy nie mam tego więcej 😉
 Gdyby z kolei wpadła w ręce mojej mamy- jestem przekonana, że trafiłaby na stos, po uprzednim przeprowadzeniu na niej egzorcyzmów 😂
A co ze mną?

 Ja po prostu odkładam ją na półkę. A co dalej? Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia, czy sięgnę po "Piekielną miłość". Z jednej strony chciałabym dowiedzieć się, jak potoczy się ta historia (biorąc pod uwagę całość, autorka przerwała ją w najciekawszym momencie), z drugiej strony czuję, że to nie do końca są moje klimaty.
 Na pewno sięgnę po powieść K.N.Haner, której premiera będzie miała miejsce w sierpniu - będzie to coś z gatunku new adult - bo lubię ten gatunek i po prostu jestem bardzo ciekawa, jak wypadnie w nim autorka.


 Już na sam koniec mam dla wszystkich trzy rady. Tak, tak. Dobrze przeczytaliście. Nie będzie tradycyjnego podsumowania. Będzie odezwa do narodu czytającego 😉
 Rada dla tych, którym, delikatnie mówiąc, twórczość K.N.Haner działa na nerwy - odpuśćcie 😉 Po co psuć sobie samopoczucie? Po co się męczyć? Krytykować? Lepiej poświęcić ten czas na coś, co Was interesuje.
 Tym, którzy lubią i cenią twórczość autorki mogę tylko powiedzieć i poradzić jedno - czym prędzej zakupcie tę książkę (jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście), bo już lada dzień premiera "Piekielnej miłości".
 A Wy, ci którzy twórczości autorki jeszcze nie znacie - nie uprzedzajcie się po wypowiedziach znalezionych w necie. Po prostu zaryzykujcie i przekonajcie się sami, jak to naprawdę jest 😉 Jak ja!

/Ania.

"Zakazany układ"
K.N.Haner 
Wydawnictwo Editio Red

Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce, K.N.Haner oraz Wydawnictwu Editio Red.


wtorek, 8 maja 2018

"W cieniu magnolii" Anna Płowiec

Recenzja przedpremierowa 


 Już jutro, 9 maja, premiera literackiego debiutu Anny Płowiec, pt. "W cieniu magnolii". Czy warto po niego sięgnąć?


 Przenieśmy się do Krakowa. Lata 90. Alicja to młoda, piękna kobieta, która wiedze typowo studenckie życie. Chociaż początkowo broni się przed miłością, wreszcie wiąże się z poznanym w klubie przystojnym Leszkiem. Związek ten jest pełen wzlotów i upadków, ale jedno jest pewne - wymaga od dziewczyny wielu poświęceń. Kiedy pewnego dnia w jej życiu pojawia się spokojny Jan, jej świat nabiera barw. Po raz pierwszy Alicja czuje się naprawdę kochana i przede wszystkim bezpieczna.
 Niestety, gdy w grę wchodzi miłość, nie da się grać na dwa fronty. Kogo wybierze Ala? Posłucha serca, czy rozumu? Jedno jest pewne, skutki swojej decyzji będzie odczuwać przez lata.

 Na pierwszy rzut oka, ta historia wydaje się wręcz... banalna. Naprawdę. Sami musicie przyznać, że do tej pory, zarówno na polskim, jak i zagranicznym rynku wydawniczym ukazało się wiele powieści o wielkiej miłości, i wierze, że wreszcie nadejdzie dzień, w którym dwie bratnie dusze mimo przeciwności losu w końcu będą razem. Na pęczki jest powieści o nadziei na lepszą przyszłość pomimo podjęcia wielu złych decyzji. Dlaczego więc ta opowieść miałaby się wśród nich wyróżniać?

 Wierzcie mi lub nie, ale w tej powieści jest jakaś niesamowita magia. Nie bez znaczenia jest ten cudowny, wszechobecny zapach magnolii, która pobudza zmysły, wprowadza w błogi nastrój i... rozbudza apetyt na więcej! To wszystko sprawia, że nie chce się opuszczać tamtego świata.

Anna Płowiec 
uwielbia długie rozmowy z córką, spacery po parku z ukochanym psem Bianko, wiecznym szczeniakiem oraz jesienne wędrówki po Gorcach. Nic nie dodaje jej takiej energii jak andaluzyjskie słońce i zapach kwiatów pomarańczy. Ze sprawdzonymi przyjaciółmi spotyka się na małą czarną w krakowskim Rio. 

 Zanim sięgnięcie po tę książkę (bo wierzę, że tak będzie) chcę poruszyć tutaj jeszcze jedną kwestię. Jak już wiecie, "W cieniu magnolii" to debiut. A wiadomo, że z tymi bywa różnie. Są lepsze, są gorsze. Są takie, które mimo wszystko nie powinny ujrzeć światła dziennego (przynajmniej nie w takim, jakim to zrobiły) i są takie, jak pierwsze dzieło Anny Płowiec - niczym nieróżniące się od powieści doświadczonych autorów, którzy już mają mocno ugruntowaną pozycję na rynku wydawniczym i po których książki czytelnicy sięgają niemal w ciemno.
 Na pewno do takiego efektu przyczyniły się wszelkie warsztaty, w których autorka tej książki wzięła udział (przeczytacie o nich w podziękowaniach) i dojrzałość. Tak, tak. Dojrzałość i odpowiednia chwila.
 Kiedy czytałam tę powieść, czułam, że tam nie ma przypadku. Wszystko było dokładnie przemyślane i skrupulatnie skonstruowane tak, aby wciągnąć czytelnika w ten inny świat. Pani Anna udowodniła tym, że cierpliwość popłaca ; że lepiej poczekać rok, czy dwa, ale wkroczyć na arenę z przytupem.


 Dla mnie dzień spędzony w Krakowie u boku Alicji (dla mnie to był dzień, dla Alicji dwadzieścia lat 😉) był niesamowitym, pachnącym doświadczeniem.
 Byłam świadkiem wielkiej miłości, rozczarowania i cierpienia. Spacerowałam ulicami miasta, przyglądałam się ludziom, jadłam najlepszą pizzę pod słońcem, wreszcie niemal o zachodzie słońca za bezcen kupowałam kwiaty na krakowskim kleparzu. A potem siadałam na ławce, w cieniu magnolii, by rozkoszować się pięknem życia. Cieszę się, że dzięki autorce ta chwila nadal trwa...

 Dołączycie?

/Ania.

"W cieniu magnolii"
Anna Płowiec 
Między Słowami / Wydawnictwo Znak 

 Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce, pani Annie Płowiec oraz Wydawnictwu 😘😘😘





sobota, 5 maja 2018

"Reemisja" Izabela Milik

 Niech nie zwiodą Was te kwiatowe zdjęcia zawarte w recenzji. "Reemisja" nie jest ani radosna, ani kolorowa, ani tym bardziej niewinna. Wręcz przeciwnie - to zło w czystej postaci!



 Czytając opis spodziewałam się, że to nie będzie cukierkowo - słodka opowieść, ale nawet ja jestem zaskoczona tym wszechobecnym złem, tym dążeniem po trupach do celu, i to dosłownie!

 Zanim jednak przejdę do konkretów, garść informacji na temat fabuły.

 Przed Polską wybory Parlamentarne. Według sondaży ogromne szanse na sukces ma Obóz Odrodzenia Ojczyzny, na którego czele stoi Jeremi Pestis, człowiek, który nikogo się nie boi i nie cofnie się przed niczym. I chociaż jego zwycięstwo to już w zasadzie czysta formalność, to jednak do pełni "szczęścia" brakuje mu pięknej Anny. Anny, która z przerażeniem obserwuje rosnące poparcie dla OOO, i która nie chce mieć z nim nic wspólnego!

 Co tak naprawdę kryje się za politycznym sukcesem Wodza (Pestis)? O tym wie tylko nieliczna grupa osób, która zrobi wszystko, by nie dopuścić do jego zwycięstwa. Czy zdążą zapobiec nieszczęściu? Ile ofiar pochłonie ta bitwa?


 Nie napiszę, że nie interesuję się polityką, bo bym skłamała. Wręcz przeciwnie, w ostatnim czasie z zaciekawieniem śledzę naszą arenę polityczną, chociaż niejednokrotnie kręcę głową. Mimo tego obawiałam się trochę, czy aby przypadkiem polityka nie zdominuje "Reemisji", ale z ulgą odkryłam, że autorka postanowiła ukazać ten aspekt w zupełnie innym kontekście i stworzyła z niego jedynie tło całej historii.

 Według mnie, "Reemisja" nie jest jednym z typowy thrillerów , do jakich przywykliśmy, ale żeby to zrozumieć, musicie przeczytać tę książkę sami. Ma w sobie to nienazywalne coś, co odróżnia ją od powieści tego gatunku.

"Nikt nie jest zdolny tak bardzo skrzywdzić drugiego człowieka jak inny człowiek, i to człowiek musi tego człowieka przed człowiekiem obronić!!! - Po tych słowach kobieta opadła i poczuła, jak uchodzi z niej powietrze"

 Na pewno na pochwałę zasługuje sposób poprowadzenia akcji. Spodobało mi się to, że nie czytamy przez pół książki o jednym bohaterze, mając go już serdecznie dość. Na początku nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw, bo powieść rozpoczyna się bardzo spokojnie. Jednak z każdą kolejną stroną pojawia się coraz więcej niedopowiedzeń, coraz więcej pytań, coraz więcej pionków w grze.
 Autorka umiejętnie dawkowała emocje, jednocześnie sprawiając, że chciałam więcej i więcej. Każdemu z bohaterów autorka poświęciła dużo uwagi - każda osoba (zarówno wygląd jak i portret psychologiczny) jest dopracowana niemal do perfekcji, dzięki czemu nie mamy najmniejszego problemu z wizualizacją poszczególnych osób. .

 Niestety nie do końca spodobał mi się pomysł wprowadzenia delikatnych elementów fantastyki - zastanawiam się, czy to było konieczne.
 Rozumiem, taka była koncepcja autorki, ale wydaje mi się, że przez to w pewnym momencie cała opowieść straciła wiarygodność.
 Generalnie nie mam nic przeciwko lekkiej fantastyce, ale w tym konkretnym przypadku nastawiłam się na pełnokrwisty thriller. A może po prostu te nadprzyrodzone moce tak mnie zaskoczyły, że nie byłam w stanie ich zaakceptować?


 Mimo tego jednego minusa, w ostatecznym rozrachunku pierwsze spotkanie z twórczością Izabeli Milik oceniam bardzo pozytywnie.
 Fabuła mnie zaciekawiła, akcja wciągnęła już od pierwszych stron, bohaterowie zostali ciekawie skonstruowani, a przedstawiony w "Reemisji" świat pokazał jak wiele człowiek może zrobić dla kariery i zaspokojenia swoich potrzeb. Spodobał mi się też styl jakim posługiwała się Izabela Milik. 
 Pomimo obecności perwersyjnego seksu, brutalnego morderstwa, polityka rodem z piekła i przerażającego zakończenia - przyjemnie spędziłam czas przy tej książce. Może nie jest to
crème de la creme tego gatunku, ale warto poświęcić tej powieści kilka godzin, chociażby po to, żeby potem podyskutować o przedstawionej tam wizji Polski 🌍 która może okazać się bardziej prawdopodobna niż nam się wydaje...

/Ania.

"Reemisja"
Izabela Milik 
Wydawnictwo Novae Res

Za egzemplarz recenzencki i piękną dedykację dziękuję autorce, Izabeli Milik 😘😘😘


czwartek, 3 maja 2018

"Pamiętnik ze starego domu" Ilona Gołębiewska

 Nie wiem jak Wy, ale ja nie cierpię pożegnań...



 Niestety w życiu Alicji nastąpiła taka chwila, w której uznała, że czas już powiedzieć do widzenia. Nie żegnaj, bo z pewnością w przyszłości przejdziemy przez tę historię raz jeszcze 😉
 Jednak zanim to nastąpiło i zanim każda z nas poszła w swoją stronę, główna bohaterka trylogii Ilony Gołębiewskiej musiała zawalczyć o szczęście u boku Adama, spróbować nawiązać bliższą relację z siostrą, o istnieniu której nie miała zielonego pojęcia i podjąć jedną z najważniejszych decyzji w życiu - co zrobić dalej z dokumentami pozostawionymi przez dziadka, Jana? Czy powinni z Jonasem brnąć dalej, aby odwaga Jana i Elizabeth nie poszły w zapomnienie, czy może jednak powinni odpuścić i nie burzyć spokoju tych wszystkich ludzi?

"Najpiękniejszych chwil w życiu nie da się zaplanować. One przychodzą same. Ważne, by je odnaleźć w codzienności. Życie jest za krótkie, by odkładać wszystko na później".

 Smutno mi, że to już koniec. Bardzo polubiłam zarówno Alicję, Adama jak i dzieciaki i wszystkich ich bliskim.
 Ilona Gołębiewska postawiła przed swoimi bohaterami wiele wyzwań. Za każdym razem życzyłam im jak najlepiej, ale wiadomo, jak to w życiu bywa - nie wszystko można przewidzieć i nie wszystko da się przeskoczyć.
 Poza tym czuję ogromny sentyment do tej historii, bo jej akcja w większości rozgrywa się w dobrze znanych mi miejsca 😉 Robiłyśmy nawet z Alicją zakupy w tej samej galerii 😉

 "Tak to już zazwyczaj bywa, że jeżeli czegoś bardzo mocno chcemy, to wtedy nam się to nie przydarzy. Czekamy, dokładamy podwójnych starań, a na horyzoncie jak nie było, tak nie ma żadnego efektu. Nie należy przejmować się tym, na co nie mamy wpływu, to najlepsze wyjście. Najczęściej los uśmiecha się do nas, gdy najmniej się tego spodziewamy".

 Jednak jeżeli myślicie, że lubię tę trylogię tylko ze względu na sympatię do bohaterów i miejsce akcji, muszę wyprowadzić Was z błędu.


 Biorąc pod uwagę tylko trzecią część, czyli "Pamiętnik ze starego domu" najbardziej spodobały mi się dwie kwestie.

  • Po pierwsze - mnogość wątków. W pierwszej części akcja była skupiona przede wszystkim na powrocie Alicji w rodzinne strony. W drugiej pojawiły się nowe, dodatkowe wątki, które bardzo urozmaiciły fabułę, ale to w trzeciej autorka udowodniła, że jeżeli tylko pisarz ma umiejętności, idealnie połączy ze sobą wszystko! 
  • Po drugie bardzo przypadł mi do gustu mix styli - była i proza, i poezja, i zapiski z pamiętnika. Taka zmiana nie pozwoliła mi się nudzić!

 Ważną rzeczą, na którą chcę zwrócić Waszą uwagę jest to, że według mnie część zamykająca opowieść o Alicji jest najbardziej dojrzała i najbardziej przemyślana. W sumie ten rozwój mogłabym porównać do etapów przez jakie musiała przejść jej bohaterka - etapów, dzięki którym stała się dojrzałą, świadomą swej wartości osobą, która już wie, czego chce i potrafi o to zawalczyć.


 Historia Alicji pokazuje, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Czasami trudno do niego trafić. Ba! czasami niełatwo je nawet zlokalizować, ale ona jest i tylko czeka na nasz właściwy ruch. A wszelkie tajemnice, które traktujemy jak coś złego, tak naprawdę kształtują to, jakim człowiekiem się stajemy. Pamiętajcie - o szczęście trzeba walczyć!

/Ania.

"Pamiętnik ze starego domu"
Ilona Gołębiewska 
Wydawnictwa MUZA S.A

Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce, Ilonie Gołębiewskiej (www.ilonagolebiewska.pl) oraz Wydawnictwu MUZA SA (www.muza.com.pl) 😘😘😘

"PAMIĘTNIK ZE STAREGO DOMU"



"TAJEMNICE STAREGO DOMU"



"POWRÓT DO STAREGO DOMU"




niedziela, 29 kwietnia 2018

"Coś do ukrycia" Iwona Kowalska

 Zawiodłam się na tej książce, a przecież opis zapowiadał tak świetną przygodę. 



 Julia wraz z Filipem planują powiadomić jego rodzinę o planowanych zaręczynach. Pomimo tego, że Julia ulega wypadkowi w pracy, młodzi postanawiają nie odwoływać wizyty. Okazuje się, że złamana noga i liczne siniaki to najmniejszy problem przyszłej panny młodej, bowiem podczas spotkania na jaw wychodzi wstydliwa tajemnica z jej przeszłości, która dyskredytuje ją w oczach Filipa i jego bliskich. Ze ślubu nici! A miało być tak pięknie...

 Julia czuje się upokorzona. Za namową przyjaciół, Basi i Mietka, postanawia się nie poddawać i poszperać trochę w przeszłości rodziny jej eksnarzeczonego. Chce wszystkich zdemaskować, aby oni poczuli się równie podle jak ona w dniu tej przeklętej wizyty, a przy okazji uratować swój honor i odzyskać ukochanego. I tak oto rozpoczyna się wspólne "śledztwo", które lekko komplikuje pojawienie się Marka, kuzyna Filipa.

 Nawet nie wiecie jak bardzo żałuję, że tym razem recenzja nie będzie pozytywna, ale nie mogę napisać, że było super skoro moim zdaniem nie było.


 Zaczęło się od tego, że nie bardzo rozumiałam, czemu Julii tak bardzo zależy na odzyskaniu Filipa. To prawda - z miłością się nie dyskutuje, ale mężczyzna jej życia od początku był przedstawiony jako cholerny dupek, z którym nie sposób wytrzymać. Taki zapatrzony w siebie burak! Ale ok, miłość to miłość, a urażona duma pragnie zemsty. Nie będę z tym dyskutować.

 Julia wraz z przyjaciółmi "przenika" w otoczenie swoich ofiar, przebywa z nimi, nawet dla nich pracuje (!), ale dzięki odpowiednim kamuflażom nikt jej nie poznaje. Wszak jest dobrą aktorką. Jednak jeżeli liczycie, że Julka, Basia lub Mietek znajdą w czyjejś szafie jakiegoś trupa, to... się mylicie i myliłam się ja. Trupów nie będzie.
 Doskonale sobie zdaję sprawę, że te odkryte sekrety miały dotknąć i pogrążyć członków rodziny Filipa, jak również pokazać mentalność nas samych - przecież my też czasami, z różnych przyczyn, zakładamy maski i udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Autorka chciała pokazać, że każdy ma coś do ukrycia. Ale brakowało mi tego WOW. Przyznaję, że te sekrety poszczególnych osób były czymś, co trzymało mnie przy tej książce, bo byłam niesamowicie ciekawa, co też takiego może ukrywać była posłanka, psycholog, ksiądz proboszcz, czy szlachcianka (głównie ona). Ale niestety po pełnym oczekiwania akcie (tak, tak - bohaterowie są aktorami, więc rozdziały są właśnie aktami) myślałam sobie "ooo, tylko tyle?".

 Tym, co przelało czarę goryczy był humor. A ściślej rzecz ujmując za dużo humoru, który w moim odczuciu wcale nie był śmieszny. Zaśmiałam się w trakcie lektury jeden raz. Jeden malutki raz. Przez resztę wyglądałam jak smerf maruda, który w drugiej części przygód o niebieskich stworkach nagle postanowił zostać optymistą i zamiast uśmiechu na jego twarzyczce pojawił się bliżej nieokreślony grymas. Ja tak właśnie wyglądałam - już myślałam, że zaraz nastąpi przełom i wreszcie będę miała okazję do śmiechu, ale treść szybko sprowadzała mnie na ziemię.

 Nie zrozumiałam też kompletnie zabiegu nie wymieniania nazw miejscowości. Autorka we wstępie napisała "Ponieważ wszelkie imiona w istocie należą do bohaterów tej historii, postanowiłam dla przyzwoitości chociaż nazwy miast skrócić do jednej, symbolicznej litery".
 A ja się pytam, po co? Po to, żeby pokazać, że taka historia może zdarzyć się w każdym zakątku świata (w tym wypadku Polski) ? Po to, żeby uzmysłowić czytelnikom, że tacy ludzie są wszędzie? A może po to, żeby było anonimowo? Być może, ale to sprawiło, że te miasta i miejscowości stały się dla mnie takie ... bezpłciowe.Nie wiedziałam, czy W. to Warszawa, Wrocław, czy Bóg wie, co jeszcze. Nie miałam wyobrażenia, czy pensjonat, do którego pojechali bohaterowie jest w górach, czy nad morzem, a może gdzieś w centrum. Masakra.

 Szkoda, wielka szkoda, że nie mogę wyrazić się o tej powieści pozytywnie, tym bardziej, że na początku zarys fabuły naprawdę wydawał mi się ciekawy. Nie ukrywam, że były chwile, w których nie mogłam oderwać się od czytania; momentami dostrzegałam przebłyski geniuszu. Nagle akcja nabierała fajnego tempa i zaczynała iść w konkretnym kierunku, dialogi między bohaterami nie były wymuszone ani sztuczne, ale te wszystkie elementy złożone w całość po prostu według mnie nie do końca do siebie pasowały. Tego wszystkiego było zdecydowanie za dużo.

 To pierwsza opublikowana powieść autorki i doskonale wiem, że chciała dobrze. Zresztą to oczywiste, że każdy autor, także ten debiutujący chce dla czytelnika jak najlepiej. W zależności od gatunku chce go wzruszyć, przestraszyć, rozśmieszyć. I w tym konkretnym przypadku mam wrażenie, że pani Iwona dołożyła wszelkich starań, żeby tych zabawnych sytuacji było jak najwięcej, tylko że to nie zawsze o to chodzi. Czasami mniej znaczy lepiej.

 Nie chcę odwodzić Was od przeczytania tej książki, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że wśród Was jest wiele osób, którym ta powieść przypadnie do gustu. I być może większość z Was będzie przy niej pękać ze śmiechu.
 Ja nie pękałam, nie zżyłam się też z bohaterami. Liczyłam na dobrą zabawę, ale z przykrością muszę stwierdzić, że historia Julii nie przypadła mi do gustu. Kompletnie mnie nie porwała. Szkoda, wielka szkoda...

/Ania.

"Coś do ukrycia"
Iwona Kowalska 
Wydawnictwo Novae Res

Recenzja powstała dzięki współpracy z Wydawnictwem 



sobota, 28 kwietnia 2018

"Słoneczne jutro" Ewa Bauer

 Pożegnania nadszedł czas.



 Anna była przekonana, że przeszłość została daleko w tyle, i że w innym kraju demony przeszłości jej nie dopadną. Niestety, ani nowe miejsce nie przyniosło jej takiego ukojenia na jakie liczyła, ani (nie)nowi znajomi, nie byli w stanie pomóc naszej bohaterce w pełni pogodzić się z tym, co ją spotkało. Poza tym życie postanowiło wystawić ją na kolejną, wyjątkowo ciężką próbę.  Czy nadejdzie taki dzień, w którym dla Anny wreszcie zaświeci słońce?

 Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy.
Niestety historia Ani też. "Słoneczne jutro" to już ostatni tom cyklu "Kolory uczuć" autorstwa Ewy Bauer. Recenzje poprzednich części : "W nadziei na lepsze jutro" [KLIK], "Kruchość jutra" [KLIK]. 
 
 To była wyjątkowa, książkowa podróż. Anna zabrała mnie tym razem do słonecznej Hiszpanii, dokąd chciała uciec przed problemami. Była przekonana, że w tym miejscu będzie bezpieczna, i że jej najbliżsi to właśnie tam poczują się jak w domu. Życie jednak pokazało, że wszystko proste jest w teorii, gorzej już z praktyką.

 Pierwsza część tej powieści była w głównej mierze poświęcona historii Hiszpanii, jej kulturze i tradycjom. Taki... mini przewodnik przybliżający mentalność mieszkańców tego kraju.
 Z kolei druga część była prawdziwą grą nerwów ; nie można bowiem zachować spokoju, kiedy w grę wchodzi ludzkie życie i to jeszcze najbliższej sercu osoby. Poza tym nadszedł wreszcie odpowiedni moment, aby raz na zawsze rozliczyć się z przeszłością.


 Autorka znów udowodniła, że potrafi urzeczywistnić sytuacje, które dzieją się tylko na papierze. Przeżywałam wszystko razem z Anną - razem z nią się bałam, razem z nią się uśmiechałam, razem z nią miałam nadzieję, że to lepsze jutro wreszcie nadejdzie, i że wszystko w końcu się ułoży.

 Szkoda, że dotarłyśmy już do kresu tej podróży. Przyznam szczerze, że bardzo zżyłam się z Anną, bo z pewnych względów stała mi się bardzo bliska i doskonale rozumiałam, co przeżywała. I przez co musieli przejść jej chłopcy.


 Cóż ja mogę Wam powiedzieć? "Słoneczne jutro" to wspaniała, choć niełatwa historia. Piękne plenery, wiele ciekawostek, multum emocji. W dodatku cudowna okładka. Nie mogę nie polecić Wam tej książki. Po prostu nie mogę! Nic nie poradzę na to, że Ewa Bauer i jej bohaterowie skradli moje serce...

/Ania.

"Słoneczne jutro"
Trzeci tom cyklu "Kolory uczuć
Ewa Bauer 
Wydawnictwo Szara Godzina

Recenzja powstała dzięki współpracy z Wydawnictwem 

środa, 25 kwietnia 2018

"Kruchość jutra" Ewa Bauer

 Przyszłość może okazać się bardzo krucha. Nawet ta z pozoru najbardziej stabilna.



 Dotkliwie przekonała się o tym Anna, bohaterka cyklu "Kolory uczuć" Ewy Bauer, którą poznaliście w poprzedniej recenzji [KLIK] . Anna, po pokonaniu prawie wszystkich przeciwności losu, powoli zaczęła wychodzić na prostą i układać sobie życie od nowa. Wreszcie śmiało mogła powiedzieć, że jest szczęśliwa.
 Niestety, nie przewidziała jednego - że cały jej nowy świat może w jednej chwili runąć niczym domek z kart. Czy naprawdę mogła się aż tak bardzo pomylić?

"Dlaczego dopiero w obliczu straty uświadamiamy sobie, że gra nie była warta świeczki? Poznajemy, co jest naprawdę ważne, kiedy nie możemy już tego mieć"

 Rewelacyjnie napisana kontynuacja powieści "W nadziei na lepsze jutro", która pokazuje, że to jutro, które wreszcie nadeszło, nawet najbardziej radosne i kolorowe, może bardzo szybko pokazać swoje mroczne oblicze.
 Autorka udowodniła, że prostym językiem potrafi przekazać czytelnikowi cały wachlarz emocji towarzyszących bohaterom. Co ciekawe, tak przetasowała karty, że nagle role w tej grze kompletnie się odwróciły. Komu tak naprawdę można zaufać?

"Przykre doświadczenia, które nas dotykają, są jedynie środkiem do osiągnięcia celu. Nawet to, co spotkało Annę, musi być jedynie preludium do szczęścia. Zmuszała się, żeby tak myśleć. Tylko wtedy była w stanie egzystować i nie załamać się (...) Życie jest zbyt kruche, by bać się własnego cienia i stale zastanawiać się, jakie nieszczęście może nas jeszcze spotkać."

 W zasadzie, nie mam się do czego przyczepić. Fabuła znów mnie zaciekawiła, pewien wątek okazał się niesłychanie intrygujący, akcja pędziła jak szalona, a bohaterowie okazali się... zupełnie inni niż przypuszczałam. Spodobało mi się też "zamknięte" zakończenie.
 Napisałam Wam w recenzji "W nadziei na lepsze jutro", że w tym konkretnym przypadku nie przeszkadzało mi otwarte zakończenie, bo pod ręką miałam już kolejny tom. Jednak, gdybym sięgnęła po pierwszą część w dniu premiery i musiała czekać kilka miesięcy na kontynuację, czułabym się niepocieszona, bo w zasadzie zakończenie pierwszego tomu, było tak naprawdę dopiero otwarciem tej historii. Akcja została nagle przerwana.
 W przypadku drugiej części, zakończenie wydaje się bardziej zamknięte, ze względu na domknięcie pewnych wątków. Owszem, przed Anną jeszcze wiele wyzwań w trzeciej części, ale generalnie nie czuć tego napięcia oczekiwania. Nawet, gdyby w tym momencie zakończyła się wspólna podróż z Anną, nie czułabym rozczarowania. I to jest ogromny plus.


 Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcić Was do sięgnięcia zarówno po "Kruchość jutra" jak i pierwszą części. Obydwie powieści naprawdę przyjemnie i szybko się czyta.  Według mnie, to naprawdę kawał dobrej, obyczajowej roboty, która ukazuje problemy współczesnych trzydziestolatków (i nie tylko). Miłość, radość, zdrada, kłamstwo, śmierć - to wszystko otacza nas na codzień i właśnie dlatego historia Ani może stać nam się bliska.

/Ania.

"Kruchość jutra"
Drugi tom cyklu "Kolory uczuć
Ewa Bauer 
www.ewabauer.pl
Wydawnictwo Szara Godzina.

Recenzja została napisana dzięki współpracy z Wydawnictwem 


"Zakazany układ" K.N.Haner

 Pierwsze spotkanie  Jak możecie wywnioskować po tytule, jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością K.N.Haner . Czy mogę zaliczyć je ...