czwartek, 22 czerwca 2017

"Bursztynowy Anioł" Anna Tabak

 Tylko strach może powstrzymać marzenie... 


 Z czego powinna składać się dobra powieść?
 Z bohaterów szytych na miarę? Z rewelacyjnego pomysłu na fabułę? Z perfekcyjnie skrojonej akcji? Z idealnie połączonych wątków?
 To wszystko prawda. Jest jednak jeszcze jeden składnik, bez którego dobra powieść nigdy nie powstanie : emocje.


 Autorką Bursztynowgo Anioła jest Anna Tabak,
twórczyni bloga annatabak.pl. Anna pochodzi z Podkarpacia, od kilku lat mieszka w Krakowie z mężem i synkiem. O miłości do książek mówi tak: Nie wyobrażam sobie dnia bez ciekawej lektury. Książki to mój sposób na odpoczynek, na naukę, na podróżowanie, na refleksję, na... Książki są dobre na wszystko! 
 Bursztynowy Anioł jest dla autorki czymś więcej niż zwykłą powieścią ; jest spełnieniem marzeń o pisaniu. I tu pojawia się pytanie: czy mamy prawo oceniać czyjeś marzenie? Jeżeli ma ono wpływ na innych ludzi, to nawet musimy!

 Nie będę ukrywać, że fabuła tej historii wydała mi się na początku taka... zwyczajna. Ciekawa, lekka (idealna na ciepłe wieczory), ale zwyczajna.
 Aśkę, studentkę ekonomii już na pierwszych stronach powieści rzuca chłopak. Cóż innego pozostaje bohaterce, jak tylko przeleżeć i przepłakać kilka dni? Ma do tego święte prawo ; przecież jej serce mocno krwawi, wszystko wydaje się beznadziejne i pozbawione sensu. Mija jednak czas rozpaczy i Asia wraca do świata żywych.
 No i się zaczyna! Wyjazd, który można nazwać mianem "zapominacza". Nowi znajomi płci męskiej. Pierwsza praca i... stare studia, na których studentka wcale nie chce być.
 Takie typowe perypetie młodej kobiety, w zasadzie dopiero uczącej się dorosłego życia pełnego decyzji, pułapek, rozczarowań, ale i uśmiechu, radości, nadziei i odpowiedzialności.


 Może to zabrzmi dziwnie, ale dla mnie to wszystko grało drugoplanową rolę. Komu więc przypadła w udziale główna? Otóż emocjom.
 Wbrew pozorom, wcale nie jest łatwo opisać takie stany jak smutek, żal, rozgoryczenie, radość, nadzieję, wreszcie miłość tak, aby poruszyć serce czytelnika. Ani się to udało. Momentami czułam to, co główna bohaterka. Łączyłam się z nią w smutku i uśmiechałam się do niej w tych jej lepszych chwilach. Czasami byłam na nią zła. Tak cholernie zła, że nie dostrzega pewnych "spraw".
 Gdybym była jej przyjaciółką, pomachałabym  jej ręką przed oczami i zapytała, czy jest ślepa, czy tylko udaje?! Ci, którzy są już po lekturze Bursztynowgo Anioła pewnie wiedzą o co, a raczej o kogo mi chodzi :-)

 Powieść przeczytałam bardzo szybko. Dużym atutem jest prosty (nie licząc ekonomicznych zagadnień :-) ) język, sporo różnych zdarzeń w życiu bohaterki i, oczywiście, jej nie tylko sercowe dylematy.
 Jeżeli na początku myślałam, że to zwykła historia, teraz już wiem, że ona jest niezwykła w swej prostocie. Ania dokonała rzeczy wielkiej, bo stworzyła przyjemną powieść pełną życiowej mądrości, z której wnioski wyciągną nie tylko osoby wykraczające w dorosłość.


 Według mnie, BARDZO udany debiut, który w niczym nie ustępuje powieściom starych wyjadaczy. Polecam wszystkim i każdemu z osobna :-)

/Ania. 

"Bursztynowy Anioł"
Anna Tabak 
Zysk i S-ka Wydawnictwo


Powieść przeczytana w ramach akcji BookTour 
zorganizowanej przez 
Magdalenę Erbel, autorkę bloga 
Save the Magic Moments, w Klubie Książki "Przeczytaj & Podaj Dalej". 

Za możliwość przeczytania
 "Bursztynowego Anioła" 
dziękuję autorce, Annie Tabak :-*

Klaudii Nadolnej, 
dziękuję za
słodkie chwile podczas lektury ;-) 

sobota, 17 czerwca 2017

Ta książka wstrząśnie literackim światem!!! - Zapowiedź

  Ostrzeżenie!!! 
 21 lipca Polska oszaleje! Przed księgarniami stacjonarnymi dojdzie do zamieszek. Księgarnie internetowe będą miały pełne ręce roboty. Wszystkie ławki w mieście będą zajęte przez Czytaczy! To samo będzie się działo na nadmorskich i miejskich plażach! W górach i na Mazurach! W domach, na tarasach, nawet w parkach. A wszystko to dzięki premierze, przed którą literacki świat padnie na kolana!
 Panie i Panowie, przed Państwem "Jak Feniks z popiołów" Grety Gulsen!!! 



"Jak Feniks z popiołów" to książka dwuwarstwowa. Jedna warstwa to świat medyczny: młoda lekarka Laura, główna bohaterka, inni lekarze i pacjenci szpitala, ich romanse, przyjaźnie, niechęci, tragedie i fascynacje. By pomóc czytelnikowi odkryć drugą warstwę i zmusić go do myślenia, Autorka nie waha się poruszać delikatnych tematów, stawiać bohaterów przed trudnymi wyborami czy wciąż zaskakiwać zwrotem akcji, często brutalnym. Po co? Oto jedna z lekcji:
Proszę cieszyć się życiem i brać z niego garściami. Nie każdy mój pacjent ma tyle szczęścia, by dostać nowe życie. Odrodzić się niczym Feniks z popiołów.

To wszystko zaś w atmosferze czasów międzywojnia i kina przedwojennego, przy akompaniamencie niezapomnianych piosenek. Iście niebanalne połączenie.



               Powieść ukaże się nakładem :

Greta Gulsen - Facebook
Wydawnictwo Czarna Kawa
Wydawnictwo Czarna Kawa - Facebook.

Patron medialny: 
Książkowe Podróże Panny A

czwartek, 15 czerwca 2017

"Pani mnie z kimś pomyliła" Ilona Łepkowska

 Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron myślałam, że recenzja tej powieści będzie czystą, przyjemną formalnością. Opis fabuły, kilka słów o autorce i moje zachwyty nad całością. Bo przecież nie od dziś wiadomo, że zarówno życie, jak i Ilona Łepkowska piszą najlepsze scenariusze.
 W praktyce jednak wyszło troszkę inaczej...


 Joanna Malicka, tłumaczka z języka włoskiego, samotnie wychowuje nastoletnią córkę, z którą wiodą dość skromne życie, bo ojciec dziewczyny płaci alimenty bardzo nieregularnie, o ile w ogóle to robi.
 Pewnego dnia Asia przyjmuje zlecenia jako tłumacz na planie zdjęciowym, na którym powstaje nowy program stacji TVT. Jedna chwila sprawi, że kobieta ze zwykłej, szarej osoby zmieni się w prawdziwą gwiazdę telewizji. A to dopiero początek jej problemów.
  Czy Joanna odnajdzie się w nowej rzeczywistości? Jak przyjmie ją to środowisko?
Jedno jest pewne : sława prezentuje się pięknie tylko w telewizji...

 Ilona Łepkowska jest osobą, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Swoją karierę zaczynała jako statystka w filmach. A potem jakoś już poszło.
 Kto z nas nie zna kultowego filmu Kogel - mogel albo seriali  M jak miłość czy Barw szczęścia?  Długo można by wymieniać. Pani Ilona pisze również krótkie felietony do jednej z gazet. I właśnie na łamach tej gazety po raz pierwszy przeczytałam, że na rynku wydawniczym ukaże się jej powieść Pani mnie z kimś pomyliła. Następnie ukazały się, o ile się nie mylę, dwa dłuższe fragmenty. Zachęciły mnie one do przeczytania całości. Idealna okazja do zakupu nadarzyła się w kwietniu br. kiedy to w Tłuszczu odbyły się Biesiady z Książką, na których gościem była właśnie sławna scenarzystka, producenta, felitonistka, autorka. Jednak po samą powieść sięgnęłam dopiero kilka dni temu.


 Na początku przepadłam. Czytało się bardzo szybko. Podobał mi się ten cały galimatias, kiedy to nagle główna bohaterka przemieniła się z szarej myszki w prawdziwą księżniczkę telewizji. To zdziwienie bohaterki. Ona? W Wielkim Mieście Sławy? To jej się po prostu nie mieściło w głowie!!! Nagrania, spotkania ze znanymi osobami, występy w programach śniadaniowych, wywiady. Ciągle coś. Akcja pędziła jak szalona. Niestety, gdzieś od połowy, zaczęła się ona troszkę dłużyć.
 Fabuła bardziej skupiła się na stanie psychicznym Joanny. Zdaję sobie doskonale sprawę, że przez taki zabieg autorka chciała pokazać, że świat blasku i fleszy wcale nie jest taki kolorowy jak nam się wydaje. Jednak mnie zaczynało to trochę irytować, bo, szczerze mówiąc, nie polubiłam głównej bohaterki. Denerwowało mnie to, że wiele osób ją ostrzegało, a ona niczym ćma zafascynowana światłem, zatracala się coraz bardziej w szponach sławy.  A trzeba zaznaczyć, że była już dojrzałą kobietą po przejściach. I swój rozum powinna mieć.
 I w tym momencie wspomnę o drugoplanowej postaci, która skradła moje serce. Misia, córka Joanny. Tak wspaniała dziewczyna, że czasami aż nierzeczywista. Dojrzałością przerastała swoją matkę, i swojego ojca, o rówieśnikach nawet nie wspomnę. Córka - marzenie. Naprawdę. Trochę żałuję, że została ona przedstawiona tylko jako "dodatek" do Joanny. Ale cóż. Główna bohaterka w tym wypadku mogła być tylko jedna.


 Pani Ilona zawsze powtarza, że to nie jest powieść plotkarska. To powieść o wszystkich barwach sławy. O życiu kiedy gasną światła i kamery. Jednak w książce można odnaleźć pierwowzory epizodycznych postaci. To mnie chyba trochę zgubiło. Liczyłam, że tak będzie przez całą powieść, a nie tylko na początku. Kiedy fabuła zaczęła skupiać się na życiu Joanny, czegoś zaczęło mi brakować.
 A koniec? Nie rozczarował. Wręcz przeciwnie. Jestem pozytywnie zaskoczona, bo tak naprawdę mimo ostatniej kropki, wszystko się jeszcze mogło zdarzyć!!!

 Polecam!!! Bo to lekka opowieść o (momentami) gorzkim życiu.
 Warto doceniać to, co się ma. Bo to, czego się skrycie pragnie, może okazać się tylko zgubną iluzją...

/Ania. 

"Pani mnie z kimś pomyliła"
Ilona Łepkowska 
Wydawnictwo MUZA 

wtorek, 13 czerwca 2017

Z mojej perspektywy...

 Czy naprawdę cała Polska 

czyta dzieciom 20 minut dziennie? Codziennie? 


 Od kilku lat każdego dnia jesteśmy zasypywani milionem poleceń. Koniecznie rano zjedz śniadanie. Rusz się. Zainwestuj. Otwórz nowe mega konto. Zarezerwuj wakacje w słonecznej Hiszpanii już dziś. Pierz tylko w proszku, po którym Twoje pranie będzie trzy odcienie bielsze. Wymień stary samochód na nowy. Przenieś swój numer telefonu do nowej sieci. Bla, bla, bla. 
 Czasami można oszaleć. Wiadomo jednak nie od dziś, że człowiek to istota, którą łatwo manipulować. Trzeba tylko odpowiednio go podejść. Przekonać, że to jest dla niego dobre. 
 Więc słuchamy i... wierzymy!!! 


 Cała Polska czyta dzieciom. Na pierwszy rzut oka akcja jak marzenie. Wiadomo przecież, że czytanie rozwija wyobraźnię, poszerza horyzonty, ćwiczy pamięć, spostrzegawczość. Przenosi czytelnika w inny wymiar, w inną rzeczywistość. Same zalety, prawda? Czytanie rewelacyjnie wpływa na pracę mózgu zarówno u dorosłych jak i u dzieci. Szkoda tylko, że czasami wygląda to zupełnie inaczej w praktyce. 
 Ja, Anna, nieanonimowa książkoholiczka czytam prawie codziennie. Oczywistym było dla mnie to, że mogę swoją pasją zarazić również mojego synka. Wiadomo, czym skorupka na młodość nasiąknie itd. 
 Gdybym wtedy wiedziała, jakie to będzie miało fatalne konsekwencje...


 A zaczęło się tak niewinnie... 
 Nie czytałam mojemu synkowi kiedy nosiłam go jeszcze pod sercem. Chociaż zdarzały nam się wielogodzinne rozmowy, czytanie wydawało mi się takie absurdalne (chociaż absolutnie nie neguje takiego zachowania). 
 Kiedy wreszcie przyszedł na świat zaczął się szał. Szał zakupów. Pluszaki, gryzaki, itp. Potem przyszedł czas na pierwszą książeczkę. Potem drugą, piątą, dziesiątą. Och, czego tam nie było. I te milutkie w dotyku i te piszczace. I te kolorowe, i grube, i chude :-) Na początku służyły głównie do zjadania. Która z mam tego nie zna :-) Po tym etapie zaczęły pojawiać się pierwsze książeczki z literkami, cyferkami, zwierzątkami, pojazdami. Taka kolej rzeczy :-) 
 Wreszcie przyszedł czas na pierwsze krótkie bajki. Potem dłuższe. I nastał czas, kiedy mój syn zaczął słuchać czytanych przeze mnie historii już całkiem świadomie. Zadawał pytania. Interesował się. A ja byłam szczęśliwa. Do czasu... 

 Nie żebym była jakoś strasznie podatna na wpływy, ale pomyślałam sobie : przecież to oczywiste, że nie wszyscy rodzice/dziadkowie/opiekunowie czytają dzieciom codziennie. Takie czasy. Ciągle gdzieś się spieszymy. Nie mamy czasu spać, nie mówiąc już o codziennym czytaniu. Ale ja przecież nie pracuję, mam czas, nie ma ku temu żadnych przeszkód. 
 I się zaczęło. Chociaż jedna bajka/jeden rozdział/dosłownie kilka stron. Nie chciałam widzieć tej niechęci w oczach mojego dziecka. Nie chciałam słyszeć tych ciągłych pytań : Mamusiu, musimy? Nie musieliśmy, ale mama chciała, więc myślała, że dziecko też chce. 
 Aż nadszedł dzień kiedy usłyszałam : Mamo, pójdziemy dziś wcześniej spać? -Jesteś tak bardzo zmęczony? -Nie! Ja nie chcę czytać tych głupich książek!!! 
 Wreszcie do mnie dotarło. Na Boga, co ja zrobiłam?! Zamiast zachęcać dziecko do czytania, ja je do niego zmuszałam. Mój syn zamiast pokochać czytanie, był na najlepszej drodze do tego, aby je znienawidzić. Przeze mnie. Osobę, która tak bardzo kocha literaturę. 

 Schowałam wszystkie książki. Skończyło się cowieczorne czytanie. Nastała przerwa. Oglądaliśmy bajki, graliśmy w różne gry. Do czasu, aż mój syn sam zaproponował, abym mu coś przeczytała. Tylko coś fajnego, nowego. Wybraliśmy się do księgarni. Sam mógł wybrać to, co chciał przeczytać. Bez przymusu, za to z radością w oczach. 
 Po kilku dniach zapisałam go do biblioteki. To był strzał w dziesiątkę! Teraz odwiedzamy naszą bibliotekę raz w tygodniu. Oskar jest zadowolony i jednocześnie zaskoczony tak ogromną możliwością wyboru :-)


 Może i cała Polska czyta dzieciom. Może robi to 20 minut dziennie, a może i 30. Może czyta codziennie, a może tylko w weekendy. I wiecie co?
Niech cała Polska to robi. Ja nie muszę. 

 Owszem, chciałabym, żeby moje dziecko w przyszłości kochało książki równie mocno jak ja. 
Ale jeżeli tak się nie stanie, świat się nie zawali. Nie będzie mniej kolorowy, mniej wartościowy. 
 Pozwolę dokonać mu wyboru, jakkolwiek to teraz brzmi. Niech czytanie sprawia mu radość. Niech kojarzy mu się z czymś przyjemnym. Nawet jeżeli będzie się to odbywało tylko raz w tygodniu...

 /Ania. 

niedziela, 11 czerwca 2017

"Odważona" Danuta Awolusi

 Dziewczyna minus 70kg. 

Kobieta plus 99% pewności siebie.

  I od razu nasuwa się pytanie, dlaczego tylko 99%, a nie 100? Jeżeli chcecie poznać odpowiedz, koniecznie przeczytajcie całą recenzję. 


 Danuta Awolusi. Rocznik '86. Rodowita Ślazaczka, mieszkająca od kilku lat w Warszawie, copywriterka i pisarka. Zakochana w muzyce gospel. Na co dzień pisze o podróżach, redaguje i prowadzi blogi. 
 Danuta Awolusi, osoba, którą śledzę w sieci. Spokojnie, nie jestem jakąś psychofanką. Podoba mi się po prostu jak pisze i co sobą reprezentuje.  Nie jest jedną z tych osób, które zyskując ładną figurę, nagle ma się za alfę i omegę w dziedzinie odchudzania i żywienia. Ona po prostu dzieli się swoim doświadczeniem, nie zmuszając nikogo do takiego samego toku myślenia. Nawet więcej, autorka Odważonej namawia do szukania własnej drogi wiodącej ku lepszej, lżejszej przyszłości, a nie kopiowania cudzych pomysłów, które zadziałają u kilku osób, a u kolejnej setki przyniosą odwrotny skutek, każdy bowiem jest inny i potrzebuje zupełnie innych rzeczy i innych składników (nie tylko tych spożywczych, ale i tych życiowych). 


 Nie przeczytacie więc w tej książce o tym, że aby schudnąć musicie rano robić to i tamto, na obiad musicie zjeść koniecznie to, a nie coś innego i, broń Boże, nie jeść po 18.00/ 20.00/ trzy godziny przed snem. Chociaż znajdziecie tu m.in. kilka ciekawych, fit przepisów na dania, które towarzyszyły autorce przez minione kilka lat, i które towarzyszyć jej będą pewnie i przez kolejne. 
 W Odważonej poznacie drogę Danuty Awolusi. Drogę, którą przemierzyła, by stać się tą osobą, którą jest w tej chwili. Świadomą.
 Świadomą tego, że aby gdzieś dojść, nie uniknie się błędów. Świadomą tego, że chcieć, to móc. Świadomą tego, że nie ma rzeczy niemożliwych. Świadomą tego, że wszystko tkwi w głowie. Jej, mojej i Waszej. Świadomą tego, by nie używać słowa "nigdy". 
 To nie jest pamiętnik osoby, która pozbyła się 70kg. To historia Dzikiej Kobiety, która wyruszyła w niesamowitą i piekielnie trudną podróż w poszukiwaniu lepszego życia. Życia, w którym wreszcie poczuje się w pełni szczęśliwa. Życia, które da jej radość i satysfakcję. 

 Danuta Awolusi schudła 70kg. Doskonale wie, że to ogromny sukces. A mimo to nadal się boi : 
(...) Nie tak łatwo wyrzucić za okno lęki. Ciągle się czegoś boję. Patrzę w lustro i się boję. 
 I póki autorka Odważonej ten lęk odczuwa, pozostanie zwyczajną kobietą, chociaż jak sama twierdzi dziką, która każdego dnia zdaje sobie sprawę, że chociaż nie zapomni o "ciężkiej" przeszłości, to tak naprawdę właśnie dzięki niej, jest teraz w tym miejscu, w którym jest szczęśliwsza. 
 Ten jeden malutki procent niepewności, który nadal w niej tkwi sprawia, że jest nam bliższa, niż niejedna ekspertka (czy ekspert) w dziedzinie zdrowego życia, która pięknie uśmiecha się do nas z pierwszych stron modnych gazet.


 Polecam lekturę Odważonej wszystkim, nie tylko osobom na diecie. Danuta Awolusi stoczyła swoją wojnę z kilogramami. Ale Wy też  toczycie swoje bitwy, tyle że na innych polach każdego dnia. Może warto podejrzeć, jak taką wojnę można wygrać? 

/Ania. 

"Odważona. Dziewczyna minus 70kg"
Danuta Awolusi 
Wydawnictwo Pascal 

     P.S.
  Na koniec trochę prywatny :
 Być może część z Was wie, że ja też od kilku miesięcy jestem na diecie. Chociaż podobnie jak autorka, staram się nie traktować tego jak kary.
  Ja nie liczę kalorii. Nie odmierzam, nie ważę, chociaż nie wykluczam, że kiedyś tak będzie. 
 Ja zmieniam. Zmieniam siebie. Zmieniam żywność, z której przygotowuję posiłki. Zmieniam postrzeganie świata. Nie mogę biegać, bo wysiadłyby mi stawy. Ale to nie przekreśla tego, że mogę spacerować,prawda? 
 Do zrzucania kilogramów podchodziłam... już nawet tego nie zlicze. Ale teraz jest inaczej. Bardziej świadomie. Do wszystkiego trzeba dojrzeć. Nawet do odchudzania. Czy był jakiś impuls, który skłonił mnie do ostatecznej decyzji?  Oczywiście, i to nie jeden. Te impulsy były też wcześniej, ale wtedy być może nie byłam na ten pierwszy krok gotowa. Teraz już wiem, że się nie poddam, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że przede mną jeszcze bardzo długa i trudna droga, pewnie niejednokrotnie mokra od łez. 
 Odważonej nie odkładam na półkę. Chcę, żeby towarzyszyła mi w chwilach zwątpienia. Żeby była blisko, kiedy pomyślę, że nie dam już rady. 
 Niech będzie obok... Zawsze. 

czwartek, 8 czerwca 2017

"Nie pytaj dlaczego" Magdalena Trubowicz

 Są w życiu człowieka takie chwile, kiedy jego słońce zostaje zasłonięte ciemnymi chmurami nie zwiastującymi niczego dobrego. Tych chmur nie jest w stanie przepędzić nawet najsilniejszy wiatr. W sercu zaczyna panować mrok i chłód. Na twarzy coraz częściej (o ile w ogóle) gości sztuczny uśmiech. Bo tak trzeba. Przecież jakoś trzeba żyć dalej. Stwarzać pozory normalności. Jakoś się trzymać. Ale jak? Jak żyć, a nie tylko egzystować, kiedy ukochany syn jest daleko?!  Jak nie zwariować, kiedy nie wiadomo, czy jest szczęśliwy, czy często się śmieje, czy niczego mu nie brakuje?
 Nie jestem w stanie wyobrazić sobie sytuacji, w której ktoś rozdzieliłby mnie siłą z moim dzieckiem. Matylda nie miała tyle szczęścia. Jej nikt nie pytał o zdanie...


 Z Matyldą Nowicką po raz pierwszy spotkałam się w okolicach Sylwestra. Okazała się całkiem sympatyczną kobietą. Miałam również przyjemność poznać jej synka, Oskara i niezbyt sympatycznego męża. Tu przyjemność była już oczywiście trochę mniejsza, bo według mnie od samego początku był to nieciekawy typ. Ale Matylda zapewniała mnie, że jest z nim szczęśliwa. Cóż miałam robić? Chciałam jej wierzyć. Zwłaszcza, kiedy widziałam jak bardzo się stara. Jak walczy o szczęście dla swojej rodziny. Ale przyszedł czas, kiedy pan Nowicki pokazał na co go stać. Te wszystkie wydarzenia miały miejsce w Drugim życiu Matyldy. Później niestety straciłyśmy kontakt.

 Po raz drugi spotkałyśmy się w maju. Te kilka miesięcy bardzo Matyldę zmieniły.  Opatulona w ciepły koc, bo przecież majowe wieczory były jeszcze chłodne, poznałam historię jej heroicznej walki o odzyskanie syna.
 To straszne, jak wiele krzywdy wyrządza człowiek drugiemu człowiekowi. Matylda miała to szczęście, że w tych trudnych chwilach nie była sama, że mogła liczyć na wsparcie. Ale nie mogę zdradzić Ci, kto jej pomagał. Proszę, nie pytaj dlaczego... To wcale nie było takie proste jak się wydaje. Przecież doskonale wiesz, że życie lubi rzucać ludziom kolejne kłody pod nogi. Zupełnie jakby mieli za mało zmartwień...


 Kontynuacja losów Matyldy Nowickiej poruszyła mnie jeszcze bardziej niż pierwsza część.  W Drugim życiu Matyldy w zasadzie poznawałam bohaterów i ich przeszłość. Obserwowałam, jak zmagają się z codziennością. Jak popełniają mniejsze lub większe błędy. Jak bardzo pragną Żyć. Tak naprawdę. Pełną piersią.
 W Nie pytaj dlaczego miałam już okazję poznać ich bliżej. Okazało się np. że Matylda, ta spokojna kobieta, pragnąca jedynie dobra i szczęścia dla swoich bliskich, potrafi być wybuchowa. Miałam szansę przyjrzenia się bliżej również Rafałowi. I teraz już wiem, że dobry z niego facet.
 O reszcie już Wam nie opowiem. Możecie śmiało pytać dlaczego :-) Po prostu, musicie poznać ich wszystkich sami :-)

 Powieść czyta się szybko, bo akcja pędzi coraz szybciej z każdą kolejną stroną. Bohaterowie w sytuacjach kryzysowych nie zawsze podejmują odpowiednie i racjonalne decyzje. Ale to napięcie i oczekiwanie tylko podsyca ogień ciekawości jak zakończy się ta historia. Tutaj do ostatniej strony nic nie jest przesądzone. Zdarzyć się może dosłownie wszystko; zarówno wielkie szczęście jak i gorzkie łzy.

 Spodobało mi się również samo zakończenie - krótkie i rzeczowe. Bez zbędnych opisów. Bez długich morałow. Takie, w którym sami możemy dopowiedzieć sobie pewne elementy tej opowieści. Wyobrazić sobie swój scenariusz biegu wydarzeń. Ciekawe rozwiązanie.
 Jak ja wyobrażałam sobie te chwile niepewności?
To już niech pozostanie moją słodką tajemnicą :-)

 Gorąco zachęcam Was do przeczytania powieści Nie pytaj dlaczego. Ale jeżeli nie znacie pierwszej części, czyli Drugiego życia Matyldy, to najpierw koniecznie nadróbcie zaległości, bo ciężko będzie Wam się zorientować we wzajemnych, często skomplikowanych, relacjach bohaterów.

 Pamiętajcie, moi drodzy, że w życiu czeka Was wiele wyzwań, ale musicie czerpać z życia garściami. Nigdy nie zadowalajcie się ochłapami rzucanymi pod nogi. Szukajcie swoich pragnień, realizujcie marzenia, walczcie o szczęście. Życie macie tylko jedno. Żyjcie - nie egzystentujcie... *

/Ania.

"Nie pytaj dlaczego"
Magdalena  Trubowicz 
Wydawnictwa Videograf 

 Za egzemplarz tej wyjątkowej powieści 
z całego serca dziękuję autorce. 
 Magda wie dlaczego :-) 

* cytat pochodzi z powieści Nie pytaj dlaczego Magdaleny Trubowicz, str. 55 i został lekko zmodyfikowany na potrzeby recenzji.

wtorek, 6 czerwca 2017

"Nie oddam dzieci" Katarzyna Michalak

 To dziesiąta książka autorki, którą miałam okazję przeczytać. Mogę więc śmiało stwierdzić, że mam już rozeznanie w jej twórczości. Wiem, jak radzi sobie pisząc powieści obyczajowe, czy te dla dorosłych. Tajemnicą pozostaje dla mnie nadal umiejętność kreowania przez panią Katarzynę świata fantastycznego, ale do niego, szczerze mówiąc, wcale mnie nie ciągnie.
 Wracając do meritum, zapraszam Was serdecznie do zapoznania się z moją opinią na temat wydanej w roku 2015 nakładem Wydawnictwa Literackiego książki pt. Nie oddam dzieci. 


 Michał Sokołowski jest cenionym chirurgiem, mężem i ojcem dwójki (a wkrótce trójki) dzieci.
 Marta, jego żona jest... dobra i cierpliwa. Nie mogę napisać o niej nic więcej, bo (nie jest to żadną tajemnicą) ginie ona w tragicznym wypadku już na samym początku tej historii.
 Jest jeszcze Tadek Marszak, kierowca tira, który męczy zwierzęta, które przewozi na rzeź i regularnie tłucze swoją matkę.
 Wreszcie poznajemy również Alfreda, syna polityka. Alfred jest pasożytem i nierobem, a do tego sadystą. Za wszystkie swoje czyny nie ponosi żadnej odpowiedzialności, gdyż ratuje go kasa i wpływy tatusia.
  I na koniec (choć na początku powieści) jest ten cholerny wypadek, który zmienia życie Michała w piekło, dla Tadka jest pierwszym gwoździem do trumny, a dla Alfreda satysfakcją.
 Żeby nie wprowadzać zamieszania, skupię się na tej historii z perspektywy chirurga.
 Po śmierci żony, doktor Sokołowski popadł w depresję. Można to oczywiście zrozumieć. Mężczyzna trochę się zagubil. Więcej czasu poświęcał pracy niż rodzinie, więc kiedy dochodzi do tragedii, o wszystko obwinia siebie. Zaczyna pić, przestaje jeść. A na wszystko patrzą jego córka i syn. Noworodek, uratowany z wypadku przebywa w szpitalu. Ojciec nie potrafi, a może nie chce go pokochać, więc maluszek czeka spokojnie, aż tatuś łaskawie zabierze go do domu.
 Ok, taki stan rzeczy jestem w stanie zaakceptować. Facet w żałobie nie myślał po prostu racjonalnie. Ale tego, że rodzina nie interesowała się losem małego dziecka to już nie pojmuję. I nie pojmuję, jak mogła przemilczeć to autorka. Myślałam, że wojna o dzieci będzie toczyć się właśnie o najmłodszego Stasia. Tymczasem miałam wrażenie, jakby został on zepchniety na dalszy plan.
 Wracając jednak do tematu. Tytuł Nie oddam dzieci sugeruje ciężką batalię, a jak się okazuje, dochodzi tylko do jednej rozprawy. Trochę za mało walki w walce. Często oglądamy w tv reportaże o ludziach, którym, chociaż nie powinno, odbiera się dzieci, a oni heroicznie walczą o ich odzyskanie. Robią wszystko, żeby ich kochane dzieci do nich wróciły. Starają się o lepsze warunki mieszkaniowe, intensywnie szukają pracy. Walczą, walczą, walczą. I tej walki tu mi zabrakło, niestety.

 Pamiętam, że kiedy zobaczyłam informację, że na rynku wydawniczym pojawi się ta książka, od razu wpisałam ją na listę tych do przeczytania. Wiadomo jednak jak to bywa. Czas mijał, a mnie zawsze było z tą książką nie po drodze. Kiedy więc zobaczyłam ją ostatnio w bibliotece, nie wahałam się nawet chwili. Już wiedziałam, jaka książka będzie towarzyszyć mi w najbliższych dniach. Trochę się pomyliłam, bo przeczytałam ją w jeden dzień. Bez wątpienia jest to jedna z tych historii, od których nie można się oderwać, póki się ich nie skończy. Jestem prawie pewna, że gdybym przeczytała ją tydzień, miesiąc, nawet pół roku po premierze, oceniłabym ją dużo, dużo wyżej. Jednak teraz, po lekturze Leśnej Polany po prostu wiem, że autorkę stać na więcej. Dużo więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że powieść przypadła mi do gustu, chociaż zaskoczeniem było dla mnie to, że podczas jej lektury nie uronilam ani jednej łzy, a szczerze mówiąc myślałam, że będę ryczała jak bóbr. Czy to o czymś świadczy?

/Ania.

"Nie oddam dzieci"
Katarzyna Michalak 
Wydawnictwo Literackie 

"Bursztynowy Anioł" Anna Tabak

 Tylko strach może powstrzymać marzenie...   Z czego powinna składać się dobra powieść?  Z bohaterów szytych na miarę? Z rewelacyjnego ...