czwartek, 21 czerwca 2018

TOP3 od AVON

Dziś wpis nietypowy, bo nie o książkach, 

a o kosmetykach 💮



 Być może część z Was zauważyła, że od kilku miesięcy jestem jedną z konsultantek AVON.  Normalną koleją rzeczy jest fakt, że w mojej kosmetyczce coraz częściej goszczą produkty tej firmy. W tym wpisie chciałabym podzielić się z Wami opinią o trzech, moim zdaniem, najlepszych kosmetykach od AVON

 Na pierwszy ogień idą perfumy.
EVE CONFIDENCE - my number one wśród zapachów. Powinnam Wam teraz zrecenzować te perfumy. Napisać o eliksirze z czerwonych owoców, kwiecie Frangipani i wanilii z Madagaskaru. Ale nie napiszę, bo... się na tym nie znam 😉 Wybaczcie mi, w tej kwestii nie jestem ekspertem. A raczej mój nos nie jest, jeżeli chodzi o wnikliwą analizę.
 Dla mnie perfumy powinny charakteryzować się dwoma cechami :

  • nieziemsko pachnieć ( i te konkretne pachną tak, że nie można ich pomylić z żadnymi innymi, jak mniemam właśnie dzięki powyższemu połączeniu trzech składników) 
  • być trwałe. Według informacji podanej w katalogu, trwałość tego zapachu to 8 godzin. A ja Wam powiem, że utrzymują się nawet dłużej. 

Jak dla mnie - ideał ❗


 Teraz czas na kolejny TOP, czyli wodę różaną.
 Chwała niebiosom za to, że ten produkt był w mega promocji, bo pewnie w innym wypadku bym się na niego nie zdecydowała. A że był tani i w dodatku przeczytałam gdzieś bardzo pozytywną opinię o tym kosmetyku, pomyślałam : a, co mi szkodzi! I wrzuciłam go do koszyka. Dziś nie wyobrażam sobie, żebym mogła zacząć dzień bez tonizacji twarzy tą wodą. I ten niesamowity zapach dzikiej róży, która tak bardzo przypomina mi dzieciństwo ❤ Czy może być coś piękniejszego?


 Na koniec coś , bez czego nie mogę się na codzień obejść - żel pod prysznic z wygodną pompką w ekonomicznym opakowaniu (720ml).

 Wady?

  • Brak.


 Zalety?

  • Piękny zapach. Do tej pory przetestowałam trzy, aktualnie używam zapachu Garden of Eden, i z każdego jestem zadowolona w równym stopniu. 
  • Dobrze się pieni. Nie cierpię kosmetyków do mycia, które w kontakcie z wodą zamiast piany tworzą dziwną maź, która ciężko się spłukuje. Ten żel, na szczęście, pięknie się pieni i nie ma problemu ze spłukaniem go z ciała. 
  • Pompka. W swojej ofercie AVON ma dla swoich klientów szeroką gamę żeli pod prysznic w wielu wariantach zapachowych, również w tradycyjnym opakowaniu, które ma jeden, ale za to poważny minus - mokrymi rękoma się go nie otworzy. Nie ma opcji. Nawet suchymi jest to niezły wyczyn. A pompka, jak to pompka - łatwa i szybka w użyciu.  
  • Masa zastosowań. Żel świetnie sprawdza się też jako mydło w płynie. Raz, dwa i gotowe. Idealnie nadaje się też do delikatnego prania. Wiecie, w sytuacji, kiedy chcemy szybko coś przeprać "w ręku", wystarczy wycisnąć niewielką ilość płynu i można przepłukać coś nawet pod bieżącą wodą. Żel bez problemu się wypłukuje i pozostawia delikatny zapach. Jak widzicie produkt ten ma zastosowania, których producent nie przewidział 😉


 Tak oto prezentuje się moje TOP3 AVON.  Poznaliście właśnie kosmetyki, które na pewno na baaaardzo długo zagoszczą w mojej kosmetyczce. Dlaczego? Bo są dobre i spełniają swoje zadanie. A przecież właśnie tego od nich wymagamy, prawda?

 A jakie są Wasze ulubione kosmetyki AVON? Używacie, czy jednak omijacie z daleka? Czekam na Wasze komentarze 😊

/Ania.

piątek, 8 czerwca 2018

"Muszę to wiedzieć" Karen Cleveland

  Kim ty do cholery jesteś, Matt?! 


 Muszę to wiedzieć. Podejrzewam, że każdy z Was (podobnie jak ja) wielokrotnie wymówił to sformułowanie, po czym rozpoczął prywatne "śledztwo" mające na celu rozwiązanie dręczącej zagadki.
 Vivian Miller, matka czwórki dzieci, również. Chociaż w najgorszych koszarach nie przypuszczała, że obiektem jej śledztwa już wkrótce stanie się... jej własny mąż!

 Kobieta pracuje jako analityczka w CIA w pionie zajmującym się kontrwywiadem. Na celowniku - rosyjscy szpiedzy, a ściślej rzecz ujmując tak zwane "Śpiochy",  które działają na terenie Stanów Zjednoczonych w świetnie zorganizowanych siatkach. Osoby bezwzględne, niebezpieczne i przebiegłe.

 Gdy pewnego dnia Vivian udaje się włamać do laptopa jednego z podejrzanych, z przerażeniem odkrywa, że wśród zdjęć przyjaciół Rosjanina znajduje się fotografia jej małżonka, Matta. Czy to możliwe, że przez tyle lat była oszukiwana? Czy istnieje taka możliwość, że przez 10 lat mieszkała pod jednym dachem z rosyjskim szpiegiem i nic nie zauważyła?


 Są takie dni, które niesamowicie mnie zaskakują. Kiedy skończyłam czytać tę książkę pomyślałam o dwóch rzeczach.
 Po pierwsze z uśmiechem na twarzy stwierdziłam, że są jednak jeszcze na świecie takie książki, które potrafią wcisnąć mnie w fotel.
 Po drugie pomyślałam, że to idealna historia do przeniesienia na duży ekran. I co? I wchodzę dziś na LC i w jednej z recenzji znajduję informację, że prawa autorskie zostały sprzedane. Będzie film. Jupi!

 Zapytacie, o co ten cały szum? Już Wam odpowiadam ☺
 Ta powieść jest rewelacyjna pod każdym względem. Już sam prolog daje do myślenia. Później następuje delikatne wprowadzenie w historię. Jednak z każdą kolejną stroną akcja nabiera tempa, by w pewnym momencie gnać z prędkością błyskawicy stawiając na drodze czytelnika coraz więcej pytań. Bo może prawda wcale nie jest taka oczywista?

 W zasadzie w tej powieści wszystko mnie się podobało. I cała intryga, i tempo, i wątki obyczajowe, i bohaterowie. Autorka w ciekawy sposób stworzyła główną bohaterkę. Z jednej strony matka czwórki dzieci. Opiekuńcza, kochająca, oddana, chociaż nie idealna. Z drugiej twarda babka, która w swojej pracy musi wykazywać się przede wszystkim odwagą i odpornością psychiczną ; wszak przysięgała bronić swojego kraju. Przed każdym, bez wyjątku.   Karen Cleveland pokazała, że nie da się tak łatwo oddzielić od siebie tych dwóch sfer. Zwłaszcza jeżeli chodzi o ukochaną osobę. O dzieci. O samą siebie. Po której stronie stanie Vivian - rodziny, czy praworządności?

 Jednak to, co szczególnie przypadło mi do gustu to zakończenie, bo było takie, jak lubię. Mocne i zaskakujące. Ach, nawet nie wiecie jak bardzo chciałabym Wam o nim opowiedzieć! I w ogóle o wszystkim. Ale nie mogę :( I nie chcę. Nie miałabym sumienia odbierać Wam tej przyjemności, tego efektu WOW!


 Mogłabym napisać jeszcze kilka zdań na temat tego thrillera, ale nie widzę takiej potrzeby. Tę książkę po prostu trzeba przeczytać! Koniecznie musicie wyruszyć do Stanów Zjednoczonych i odkryć, o co w tym wszystkim chodzi. A kiedy ekranizacja będzie już gotowa - biec do kina. Jednak pamiętajcie - zaklepuję sobie pierwsze miejsce w kolejce!

/Ania.

"Muszę to wiedzieć" / "Need to Know" 
Karen Cleveland 
Wydawnictwo W.A.B

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu W.A.B. To była niesamowita, książkowa podróż!


środa, 6 czerwca 2018

"Miłość ma twoje imię" Ilona Gołębiewska

 Zapowiedź


 06-06-2018 - to data, która na długo zapadnie w pamięci każdego książkoholika. Dlaczego? Bo jest to dzień pełen premier 📆 W tym wpisie chciałabym szczególnie zwrócić Waszą uwagę na jeden tytuł 📖 

 Stare przysłowie głosi „serce nie sługa”, nie zawsze słucha rozumu i może pokochać człowieka, który niszczy siebie i swoich bliskich. Czy miłość obroni się w starciu z siłą uzależnienia? Czy można uratować kogoś przed życiowym upadkiem? „Miłość ma twoje imię” najnowsza powieść Ilony Gołębiewskiej, autorki, która podbiła serca czytelników trylogią o starym domu, w księgarniach już od dziś, tj. 6 czerwca.


 Dwudziestopięcioletnia Anna Janowska mimo młodego wieku ma już za sobą niejedno bolesne doświadczenie. Prowadzi bardzo intensywne życie – jest psychologiem, pracuje jako terapeutka w poradni, udziela się w fundacji „Zdrowy Jaś”, występuje w zespole rockowym „Abradon”. Wszystko po to, by nie myśleć o przeszłości, z którą wciąż nie może się rozliczyć. Nie potrafi wyrzucić z pamięci bolesnych wspomnień i podjąć odważnych decyzji odnośnie własnej przyszłości.

 Rodzinna tragedia sprzed lat całkiem zniszczyła jej sielankowe życie na wsi, gdzie wychowywała się, gdy była nastolatką. Nagła śmierć matki, ucieczka brata, wyjazd ojca za granicę – te doświadczenia zdeterminowały jej życiowe wybory i sprawiły, że przeprowadziła się do Warszawy. Opuszczona przez bliskich Anna musi sama radzić sobie w wielkim mieście. 
 Towarzyszący jej codziennie strach, brak zaufania do samej siebie i do innych ludzi, ciągłe postrzeganie przyszłości w najczarniejszych barwach powodują, że nie potrafi cieszyć się życiem. Od zawsze nazywa siebie kobietą poszukującą, ponieważ szuka miłości, własnego miejsca na ziemi, satysfakcji z życia i klucza do zrozumienia własnych myśli i uczuć.

 Gdy na jej drodze staje Michał Gebert, mężczyzna po przejściach i z dawno wyczerpanym limitem życiowych błędów i upadków, Anna wie, że już nic nie będzie takie jak przedtem. Czasem wystarczy jedno niespodziewane spotkanie, by wszystko zmieniło się nie do poznania...


 „Miłość ma twoje imię” to pełna emocji powieść o różnych odcieniach miłości, które są dla człowieka ocaleniem i o życiu, które bywa niezwykle kruche i nieprzewidywalne. Czasami jedno zdarzenie niszczy misternie zbudowany dotąd świat. W swojej książce Ilona Gołębiewska daje czytelnikowi ważną radę, a wraz z nią także nadzieję – nigdy nie wolno się poddawać, nawet wtedy, gdy odchodzą bliskie osoby, gdy życie nas nie rozpieszcza, a miłość omija szerokim łukiem.

 Ja aktualnie jestem w trakcie lektury, więc wkrótce spodziewajcie się recenzji 😉
 Na koniec zostawiłam  najważniejsze pytanie ➡ Kto wpisuje na listę must have? 

/A.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

"Spętani przeznaczeniem" Veronica Roth

 Czy są w życiu gorsze rzeczy niż śmierć? 



 Veronica Roth - pisarka, której fanom fantastyki przedstawiać nie trzeba. Autorka bestsellerowej "Niezgodnej" powraca z zakończeniem historii losów Cyry i Akosa.
 Ona - zabija dotykiem. On- jako jedyny jest na ten dotyk odporny. Tylko, co z tego, skoro jego przeznaczeniem jest zginąć w obronie księżniczki panującej nacji?! Czy przed przeznaczeniem można uciec?

 Nie chcę zbytnio rozpisywać się nad fabułą, bo podejrzewam, że część z Was już wcześniej ją poznała (Wydawnictwu Jaguar bardzo zależy na promocji tego tytułu i obserwując to, co dzieje się w internecie widać, że dobrze im idzie), a druga część i tak przed zakupem przeczyta jeszcze oficjalny opis wydawcy.
 Zapytacie zatem, co ja tu właściwie robię i co zamierzam zrobić?

 Tym razem chciałabym skupić się przede wszystkim na plusach i minusach tej powieści w oczach zwykłych śmiertelników 😉


 Nie jest tajemnicą fakt, że ja po powieści z tego gatunku sięgam sporadycznie.
 Wcześniej nie miałam styczności z twórczością autorki, więc pomyślałam, że już najwyższy czas to zmienić (dziś wiem, że popełniłam malutki błąd, bo swoją przygodę z Veronicą Roth powinnam rozpocząć od "Naznaczonych śmiercią". Na szczęście jest to błąd, który mogę naprawić.).

 Kilka razy autorka naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła. Czym?
 Przede wszystkim rozmachem. Tutaj jest stworzony cały nowy wszechświat, różne planety, wiele narodów, nawet nowe rośliny. Każdy naród ma swój odmienny język z charakterystycznymi dla niego cechami. Poszczególne nacje różnią się od siebie mentalnością, kulturą, postępowaniem, sposobem życia. Krótko mówiąc - wszystkim.

 Veronica Roth włożyła dużo pracy w stworzenie całej masy neologizmów (chociażby tyk - będący slangowym określeniem jednostki czasu, zbliżonej do sekundy, czy soju - który jest nazwą metalu pochodzącego z Essander, blokującego przepływ nurtu). To tylko pokazuje, że nie potraktowała ani swojej pracy, ani tym bardziej swoich czytelników po macoszemu.

 Na uznanie zasługuje też fabuła. Stworzenie tylu różnych postaci, połączenie ich różnymi relacjami, pokazanie tych wszystkich, czasami bardzo sprzecznych emocji, było nie lada wyczynem, z którym, moim zdaniem, autorka świetnie sobie poradziła. Nie łatwo jest bowiem pokazać nienawiść, która panuje między córką, a ojcem, który ma powrócić z zaświatów, prawda? Czy chociażby skomplikowaną relację między siostrą, a bratem. Tutaj to wszystko, i jeszcze więcej, znajdziecie.

 Plusy, plusy. A minusy?
 Dla mnie malutką wadą była mnogość nazw. Czasami to wszystko najzwyczajniej w świecie lekko mi się mieszało - na szczęście z pomocą przyszedł mi słownik zamieszczony na końcu książki. I tak się właśnie zastanawiam, czy nie lepiej by było, gdyby on się znajdował na początku. Nie da się ukryć, że nie wszyscy przeglądają książkę przed czytaniem i po prostu komuś może umknąć fakt, że on tam jest, a w tym przypadku jego obecność wydaję mi się niezbędna.

 Znalazłam też sporą ilość błędów, ale pamiętajmy, że ja otrzymałam egzemplarz recenzencki przed ostateczną korektą i biorąc pod uwagę fakt, że ja dostrzegłam i wychwyciłam te błędy, jestem przekonana, że Wy w swoje ręce otrzymacie już pełnowartościowe wydanie bez błędów.


 Według USA Today "ta seria ma rozmach Gwiezdnych Wojen, intryg Gry o Tron oraz romansu Romea i Julii". A ja Wam powiem, że się z tym absolutnie nie zgadzam. Jeżeli chodzi o rozmach Gwiezdnych Wojen, to moim zdaniem - nieograniczona wyobraźnia jest tym, co łączy te dwa dzieła, ale trzeba pamiętać, że co za dużo, to nie zdrowo. A w przypadku przygód Akosa i Cyry nie jest ani długo, ani nudno, ani tym bardziej męcząco. Intrygi rodem z Gry o Tron? Jestem chyba jedną z nielicznych osób, do których "Gra o Tron" w ogóle nie przemawia, a "Spętani przeznaczeniem" jak najbardziej przemówili do mnie i to ludzkim głosem. Romans niczym tragiczna historia Romea i Julii? Tych dwoje lepiej zostawmy w spokoju - oni są nie do podrobienia 😉 A biedny William Shakespeare to się pewnie w grobie przewraca słysząc takie rewelacje. Miłość była, nie ukrywam, ale niech Cyra i Akos tworzą swoją własną, wyjątkową i niepowtarzalną historię. A są ku temu na dobrego drodze.

 Ta książka jeszcze przed premierą została okrzyknięta najlepszą powieścią Veroniki Roth. Z wiadomych względów nie będę pisać, czy tak faktycznie jest, ale zdradzę Wam, że jeżeli każda kolejna powieść autorki będzie utrzymana przynajmniej na takim poziomie i równie mocno będzie pobudzać moją wyobraźnię - to ja jestem jak najbardziej na TAK!

/Ania.

"Spętani przeznaczeniem"
Veronica Roth 
Wydawnictwo Jaguar 
www.wydawnictwo-jaguar.pl

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu ⬇


piątek, 1 czerwca 2018

Book Tour z "Wizażem śmierci"

UWAGA, UWAGA !!! 


 Wraz z Ewą Dudziec mamy dla Was niespodziankę, nad którą pracowałyśmy wspólnie od pewnego czasu, i która wreszcie może ujrzeć światło dzienne.
 Nadeszła chwila, w której już oficjalnie możemy zaprosić Was do udziału w Book Tour z "Wizażem śmierci" 📖
 Już wkrótce Beatrycze wyruszy w podróż po Polsce 🌍🌍🌍


REGULAMIN:

1. Organizatorkami akcji Book Tour są :

2. Do udziału w Book Tour może zgłosić się każda osoba posiadająca adres korespondencyjny na terenie Polski .
3. Zgłaszamy się w komentarzu; osoby posiadające blog / fanpage / instagram proszone są o dodanie linku w zgłoszeniu.
4. Uczestnik po zgłoszeniu się w komentarzu zobowiązany jest wysłać swój adres korespondencyjny na ksiazkowepodrozeanny@gmail.com, co jednoznaczne jest ze zgodą na przetwarzanie danych osobowych niezbędnych do otrzymania książki.
5. Na przeczytanie "Wizażu śmierci" umownie każdy ma 7 dni + 3 dni na napisanie recenzji, którą:
a) w przypadku blogerów należy umieścić na swojej stronie, portalu lubimyczytac.pl oraz przynajmniej na dwóch stronach księgarni internetowych (powieść jest dostępna m.in. na taniaksiazka.pl, ravelo.pl, ebookpoint.pl, bookbook.pl, fantastyczneswiaty.pl)
b) w przypadku czytelników należy umieścić na portalu www.lubimyczytac.pl i/lub na profilu prywatnym oraz przynajmniej na dwóch stronach księgarni internetowych (szczegółowy wykaz dostępności "Wizażu śmierci" w sieci znajdziecie na http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4705996/wizaz-smierci).
 W obydwu przypadkach po napisaniu opinii proszę o przesłanie do mnie na adres mailowy linku do recenzji. Oczywiście będziemy z autorką bardzo wdzięczne, jeżeli znajdziecie również chwilę czasu na dodanie opinii na pozostałych stronach - wtedy wystarczy wkleić tylko link do miejsca, w którym recenzja jest dostępna.
6. Po przeczytaniu powieści wpisujemy się do książki na pamiątkę w wyznaczonym do tego miejscu imieniem i nazwiskiem lub nickiem ; w przypadku blogerów podając również adres bloga.
7. W recenzji należy zaznaczyć, że powieść została przeczytana w ramach akcji Book Tour oraz dodać zdjęcie strony z wpisami uczestników zabawy.
8. Książkę należy wysłać do kolejnej osoby listem poleconym, najlepiej priorytetowym, w ciągu 14 dni od otrzymania przesyłki.
Uwaga! W przypadku, gdyby z różnych względów przesyłka nie mogła być nadana w wyznaczonym terminie, proszę o wiadomość.
9. WAŻNE! We wszelkich zapytaniach odnośnie Book Tour w temat wiadomości należy wpisać ➡BOOK TOUR WIZAŻ ŚMIERCI⬅ - wtedy macie pewność, że Wasza wiadomość zostanie odczytana w pierwszej kolejności.


 Wraz z autorką będziemy bardzo wdzięczne, jeżeli po otrzymaniu książki wrzucicie jej zdjęcie na fb, oznaczając nasze fp, zaznaczając, że bierzecie udział w Book Tour. Śmiało możecie też wrzucać jej zdjęcia na swoje instagramowe profile.

 Oczywiście w trakcie lektury możecie zaznaczać cytaty, pisać uwagi i spostrzeżenia. Ze wszystkimi Ewa Dudziec chętnie się zapozna.

 Jeżeli macie jakiekolwiek wątpliwości odnośnie tej powieści i udziału w zabawie - zapraszam do zapoznania się z moją patronacką recenzją dostępną tutaj ➡ http://ksiazkowepodrozeanny.blogspot.com/2017/05/informacja-z-ostatniej-chwili.html?m=1

 Nie wyznaczamy konkretnego terminu zgłoszeń, zobaczymy ilu będzie chętnych i wtedy postanowimy, co dalej. Możliwe jednak, że powieść wyruszy do pierwszego uczestnika już w najbliższy poniedziałek - wszystko zależy od Was 😉

 Uwaga! Zastrzegamy sobie prawo do zmian w regulaminie nie mających wpływu na ogólny przebieg akcji.

 Zgłoszenie się do udziału w Book Tour oznacza akceptację regulaminu.

wtorek, 29 maja 2018

"Schemat naprawy (Ś)fiata" Grzegorz Parowicz

 Daję słowo - przedziwna to książ(ecz)ka.


 W zasadzie nie wiem, od czego zacząć, więc najlepiej będzie, jak zacznę od początku.


 Kiedy zobaczyłam "Schemat naprawy (Ś)fiata" w zapowiedziach Wydawnictwa WasPos, przyznaję się bez bicia, nie poświęciłam tej propozycji zbyt wiele czasu. Ba! Bądźmy ze sobą szczerzy - w ogóle go nie poświęciłam. Nie przemawiał do mnie ani tytuł, ani okładka. Kiedy jednak dostałam propozycję zrecenzowania tej książki, przyjrzałam się jej bliżej. Opis mnie zainteresował, więc postanowiłam zaryzykować, przeczytać i podzielić się z Wami moją opinią.

 Kiedy dotarła już do mnie książka autorstwa Grzegorza Parowicza doznałam małego szoku, ale o tym trochę później.
 A co zaskoczyło mnie w trakcie lektury?
Przede wszystkim brak... fabuły!

 Wychowanie w dysfunkcyjnej rodzinie, hazard, śmierć, czy chociażby zmieniający się ustrój, to tylko część ze zbioru okoliczności, które wpływają na życie Krzyśka – głównego bohatera tej opowieści.
 Krzysiek, bezskutecznie próbując układać sobie życie w zgodzie z powszechnie przyjętymi doktrynami, w końcu pociąga za właściwe sznurki i powoli odnajduje siebie.
 Zabawna i momentami mocno napisana książka, mająca za zadanie zwrócić uwagę czytelnika na to, jakimi schematami posługujemy się w życiu, tracąc czas i energie na drodze do szczęścia.

 Taki opis znajdziemy na czwartej stronie okładki tej książki. Zarys fabuły jest, elementy składowe są, wszystko, co miało być - jest. Ale czytając tę "powieść" miałam wrażenie, że to raczej spowiedź głównego bohatera, który przekazuje nam poglądy autora. To, w moim odczuciu, raczej taka rozprawka na temat świata. Rozliczenie się z przeszłością ; podsumowanie tego, co było. Nieśmiałe zasugerowanie, co może się stać, kiedy wreszcie nasze myślenie wkroczy na właściwe tory.
 Miejscami naprawdę bardzo celna, miejscami może nawet trochę zbyt mocna (nie ze wszystkimi porównaniami się zgadzałam). Niestety brakowało mi jakiegoś punktu kulminacyjnego, który wgniótłby mnie w fotel. To znaczy, takie momenty były, bo sam Krzysiek - narrator - dokładnie je wskazuje, jednak dla mnie czegoś tam brakowało. Takiej małej iskierki.


 Wcześniej wspomniałam Wam, że kiedy ta książ(ecz)ka do mnie dotarła, doznałam szoku. Dlaczego? Z powodu jej formatu i czcionki.
Fakt, autor w swojej książce napisał
"Czy książka musi mieć dwieście stron, klasyczne formatowanie tekstu i być pisana małą czcionką - by być w ogóle książką? "
 Nie. Oczywiście, że nie. I tu pan Grzegorz ma oczywiście rację i święte prawo do tego, aby efekt końcowy był jaki jest, ale obawiam się, że ktoś, kto wyda na tę książkę swoje ciężko zarobione pieniądze, może poczuć się rozczarowany.  Książka ma wraz z podziękowaniami 134 strony (ogólnie 144), ale szczerze mówiąc gdyby zastosować tam normalną czcionkę, tekst zostałby zredukowany pewnie co najmniej o połowę, a dodając to, że format jest nietypowy i kilka stron jest po prostu pustych liczba stron uległaby jeszcze zmniejszeniu.
 Gdyby przyszło mnie, jako czytelnikowi, zapłacić za tę książkę cenę okładkową (29,99), nie byłabym zadowolona z tego, co dostałam. Pewnie w tej chwili wiele osób zarzuci mi, że jestem straszną materialistką i w ogóle okropna ze mnie baba, która zwraca uwagę na koszt, a nie na to, co najważniejsze czyli treść, ale ja po prostu znam realia i doskonale zdaję sobie sprawę, że cena w porównaniu do gabarytu odgrywa czasami kluczową rolę.
 Jeżeli chodzi o mnie, o ile może przez internet zdecydowałabym się na jej zakup, o tyle, jeżeli trafiłabym na nią w księgarni stacjonarnej, niestety bym po nią nie sięgnęła.
 Przejrzałam oferty w internecie, i fakt, tam ceny są dużo niższe od ceny okładkowej (zestawienie poniżej), bo są nawet obniżone o połowę. Ja jednak odnoszę się do tej okładkowej, bo... tak wypada.
 Na koniec, żeby zobrazować Wam to, o co mi chodzi dodam, że przeczytałam tę książkę, i to całą, w trakcie suszenia włosów! To dopiero była gimnastyka, bo co chwilę musiałam przekręcać strony.

 Pragnę jednak zaznaczyć, że absolutnie nie chcę Was odciągać na siłę od tej propozycji. Dodam więcej - nie twierdzę, że nie warto po nią sięgnąć. Wręcz przeciwnie, ona jest pełna naprawdę celnych spojrzeń i ciekawych myśli. Grzegorz Parowicz bez skrupułów mówi głośno o tym, o czym my nie chcemy, a może nawet czasami boimy się mówić właśnie głośno.
 Przyznaję też, ta książka ma niesłychanie zaskakującą formę (to, że nie spodobała się mnie, nie znaczy wcale, że nie spodoba się Wam).  Zaznaczyłam masę cytatów i nie żałuję, że spędziłam z nią te pół godziny z haczykiem.
 Żałuję tylko tego, że za chwilę odłożę ją na półkę i już wkrótce, mimo całej mądrości w niej zawartej, po prostu o niej zapomnę...

/Ania.

"Schemat naprawy (Ś)fiata"
Grzegorz Parowicz 
Wydawnictwo WasPos

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu WasPos. 




poniedziałek, 14 maja 2018

"Zakazany układ" K.N.Haner

 Pierwsze spotkanie


 Jak możecie wywnioskować po tytule, jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością K.N.Haner. Czy mogę zaliczyć je do udanych?


 Nicole ucieka z domu i udaje się nad urwisko, z którego ma zamiar skoczyć do oceanu odbierając sobie życie. W tym samym czasie i w tym samym miejscu dokonuje się krwawa egzekucja. Jako przypadkowy, a zarazem niewygodny świadek, Nicole trafia do domu Marcusa, w sam środek mafijnego piekła. Skoro dziewczyna chciała umrzeć, dlaczego mafioso wciąż trzyma ją przy życiu?
 Wreszcie Nicole i gangster wchodzą w pewien układ mający na celu wyeliminowanie największego wroga Marcusa. Tyle tylko, że gdy w grę wchodzi miłość, wszystko się komplikuje...

 Chociaż dopiero teraz zdecydowałam się na przeczytanie jednej z powieści autorki, na fb obserwuję ją już od dłuższego czasu i z całą pewnością mogę stwierdzić jedno - K.N.Haner jest jedną z autorek, które budzą największe kontrowersje wśród czytelników.
 Przeglądając różne wypowiedzi w sieci, doszłam do wniosku, że ją się albo kocha, albo nienawidzi. A do której grupy dołączę ja?


 Jeżeli chodzi o fabułę - mnie pomysł bardzo się podobał. Może mafia i te wszystkie reguły panujące w tamtym świecie nie są nam jakoś szczególnie bliskie, ale według mnie autorka dobrze ujęła temat. Było mocno, dramatycznie, czasami poruszająco i nawet pokuszę się o stwierdzenie, że momentami też elektryzujaco.
 Jeżeli chodzi o język - w zasadzie nie mam się do czego przyczepić. Może nie jest jakiś wybitnie poetycki, ale na miłość boską - to erotyk, a one rządzą się swoimi prawami! Prawami, które dla mnie nie do końca są zawsze zrozumiałe...

 Nienawidzę braku szacunku dla drugiego człowieka (mówię tu o bohaterach), dlatego też na początku ciężko było mi się wczuć w fabułę. Co prawda z upływem czasu Marcus nabierał jakby ludzkich cech, ale niestety nie zdążyłam go polubić. Jak można zabić kogoś bez mrugnięcia okiem?! Wybory i decyzje Nicole też nie do końca były dla mnie zrozumiałe, ale w jej przypadku byłam bardziej wyrozumiała (kobiety ciągnie do bad boy'ów). Chociaż w realnym świecie byśmy pewnie się nie polubiły.

 Tak jak pisałam wcześniej, literatura erotyczna rządzi się swoimi prawami. Tu nie ma być lekko, nie ma być ładnie, ma być ostro i pikantnie, ale ze smakiem. A według mnie tego smaku czasami brakowało.
 Ale wiecie co, to już nawet nie chodzi o to, że coś tam autorka zrobiła źle, tylko raczej o to, że pewne aspekty, ze względu na wychowanie i przekonania, są dla mnie po prostu niedopuszczalne i ciężkie do zrozumienia i akceptacji. Np. te zbiorowe orgie po udanej akcji. Dla bohaterów to było coś normalnego, że spraszali do willi Marcusa panienki do towarzystwa, i stosując język autorki, rżneli je gdzie popadnie i przy wszystkich.
 Zostałam wychowana w przekonaniu, że intymność to rzecz święta, i sprowadzenie tego aktu do czegoś kompletnie wyciśniętego z wszelkich uczuć, emocji i szacunku, działa na mnie odrzucająco.

 Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, że jest wiele osób, którym to nie przeszkadza. Gdyby ta książka trafiła w ręce mojego taty - pewnie zaraz by do mnie przybiegł z zapytaniem, czy nie mam tego więcej 😉
 Gdyby z kolei wpadła w ręce mojej mamy- jestem przekonana, że trafiłaby na stos, po uprzednim przeprowadzeniu na niej egzorcyzmów 😂
A co ze mną?

 Ja po prostu odkładam ją na półkę. A co dalej? Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia, czy sięgnę po "Piekielną miłość". Z jednej strony chciałabym dowiedzieć się, jak potoczy się ta historia (biorąc pod uwagę całość, autorka przerwała ją w najciekawszym momencie), z drugiej strony czuję, że to nie do końca są moje klimaty.
 Na pewno sięgnę po powieść K.N.Haner, której premiera będzie miała miejsce w sierpniu - będzie to coś z gatunku new adult - bo lubię ten gatunek i po prostu jestem bardzo ciekawa, jak wypadnie w nim autorka.


 Już na sam koniec mam dla wszystkich trzy rady. Tak, tak. Dobrze przeczytaliście. Nie będzie tradycyjnego podsumowania. Będzie odezwa do narodu czytającego 😉
 Rada dla tych, którym, delikatnie mówiąc, twórczość K.N.Haner działa na nerwy - odpuśćcie 😉 Po co psuć sobie samopoczucie? Po co się męczyć? Krytykować? Lepiej poświęcić ten czas na coś, co Was interesuje.
 Tym, którzy lubią i cenią twórczość autorki mogę tylko powiedzieć i poradzić jedno - czym prędzej zakupcie tę książkę (jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście), bo już lada dzień premiera "Piekielnej miłości".
 A Wy, ci którzy twórczości autorki jeszcze nie znacie - nie uprzedzajcie się po wypowiedziach znalezionych w necie. Po prostu zaryzykujcie i przekonajcie się sami, jak to naprawdę jest 😉 Jak ja!

/Ania.

"Zakazany układ"
K.N.Haner 
Wydawnictwo Editio Red

Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce, K.N.Haner oraz Wydawnictwu Editio Red.


wtorek, 8 maja 2018

"W cieniu magnolii" Anna Płowiec

Recenzja przedpremierowa 


 Już jutro, 9 maja, premiera literackiego debiutu Anny Płowiec, pt. "W cieniu magnolii". Czy warto po niego sięgnąć?


 Przenieśmy się do Krakowa. Lata 90. Alicja to młoda, piękna kobieta, która wiedze typowo studenckie życie. Chociaż początkowo broni się przed miłością, wreszcie wiąże się z poznanym w klubie przystojnym Leszkiem. Związek ten jest pełen wzlotów i upadków, ale jedno jest pewne - wymaga od dziewczyny wielu poświęceń. Kiedy pewnego dnia w jej życiu pojawia się spokojny Jan, jej świat nabiera barw. Po raz pierwszy Alicja czuje się naprawdę kochana i przede wszystkim bezpieczna.
 Niestety, gdy w grę wchodzi miłość, nie da się grać na dwa fronty. Kogo wybierze Ala? Posłucha serca, czy rozumu? Jedno jest pewne, skutki swojej decyzji będzie odczuwać przez lata.

 Na pierwszy rzut oka, ta historia wydaje się wręcz... banalna. Naprawdę. Sami musicie przyznać, że do tej pory, zarówno na polskim, jak i zagranicznym rynku wydawniczym ukazało się wiele powieści o wielkiej miłości, i wierze, że wreszcie nadejdzie dzień, w którym dwie bratnie dusze mimo przeciwności losu w końcu będą razem. Na pęczki jest powieści o nadziei na lepszą przyszłość pomimo podjęcia wielu złych decyzji. Dlaczego więc ta opowieść miałaby się wśród nich wyróżniać?

 Wierzcie mi lub nie, ale w tej powieści jest jakaś niesamowita magia. Nie bez znaczenia jest ten cudowny, wszechobecny zapach magnolii, która pobudza zmysły, wprowadza w błogi nastrój i... rozbudza apetyt na więcej! To wszystko sprawia, że nie chce się opuszczać tamtego świata.

Anna Płowiec 
uwielbia długie rozmowy z córką, spacery po parku z ukochanym psem Bianko, wiecznym szczeniakiem oraz jesienne wędrówki po Gorcach. Nic nie dodaje jej takiej energii jak andaluzyjskie słońce i zapach kwiatów pomarańczy. Ze sprawdzonymi przyjaciółmi spotyka się na małą czarną w krakowskim Rio. 

 Zanim sięgnięcie po tę książkę (bo wierzę, że tak będzie) chcę poruszyć tutaj jeszcze jedną kwestię. Jak już wiecie, "W cieniu magnolii" to debiut. A wiadomo, że z tymi bywa różnie. Są lepsze, są gorsze. Są takie, które mimo wszystko nie powinny ujrzeć światła dziennego (przynajmniej nie w takim, jakim to zrobiły) i są takie, jak pierwsze dzieło Anny Płowiec - niczym nieróżniące się od powieści doświadczonych autorów, którzy już mają mocno ugruntowaną pozycję na rynku wydawniczym i po których książki czytelnicy sięgają niemal w ciemno.
 Na pewno do takiego efektu przyczyniły się wszelkie warsztaty, w których autorka tej książki wzięła udział (przeczytacie o nich w podziękowaniach) i dojrzałość. Tak, tak. Dojrzałość i odpowiednia chwila.
 Kiedy czytałam tę powieść, czułam, że tam nie ma przypadku. Wszystko było dokładnie przemyślane i skrupulatnie skonstruowane tak, aby wciągnąć czytelnika w ten inny świat. Pani Anna udowodniła tym, że cierpliwość popłaca ; że lepiej poczekać rok, czy dwa, ale wkroczyć na arenę z przytupem.


 Dla mnie dzień spędzony w Krakowie u boku Alicji (dla mnie to był dzień, dla Alicji dwadzieścia lat 😉) był niesamowitym, pachnącym doświadczeniem.
 Byłam świadkiem wielkiej miłości, rozczarowania i cierpienia. Spacerowałam ulicami miasta, przyglądałam się ludziom, jadłam najlepszą pizzę pod słońcem, wreszcie niemal o zachodzie słońca za bezcen kupowałam kwiaty na krakowskim kleparzu. A potem siadałam na ławce, w cieniu magnolii, by rozkoszować się pięknem życia. Cieszę się, że dzięki autorce ta chwila nadal trwa...

 Dołączycie?

/Ania.

"W cieniu magnolii"
Anna Płowiec 
Między Słowami / Wydawnictwo Znak 

 Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce, pani Annie Płowiec oraz Wydawnictwu 😘😘😘





sobota, 5 maja 2018

"Reemisja" Izabela Milik

 Niech nie zwiodą Was te kwiatowe zdjęcia zawarte w recenzji. "Reemisja" nie jest ani radosna, ani kolorowa, ani tym bardziej niewinna. Wręcz przeciwnie - to zło w czystej postaci!



 Czytając opis spodziewałam się, że to nie będzie cukierkowo - słodka opowieść, ale nawet ja jestem zaskoczona tym wszechobecnym złem, tym dążeniem po trupach do celu, i to dosłownie!

 Zanim jednak przejdę do konkretów, garść informacji na temat fabuły.

 Przed Polską wybory Parlamentarne. Według sondaży ogromne szanse na sukces ma Obóz Odrodzenia Ojczyzny, na którego czele stoi Jeremi Pestis, człowiek, który nikogo się nie boi i nie cofnie się przed niczym. I chociaż jego zwycięstwo to już w zasadzie czysta formalność, to jednak do pełni "szczęścia" brakuje mu pięknej Anny. Anny, która z przerażeniem obserwuje rosnące poparcie dla OOO, i która nie chce mieć z nim nic wspólnego!

 Co tak naprawdę kryje się za politycznym sukcesem Wodza (Pestis)? O tym wie tylko nieliczna grupa osób, która zrobi wszystko, by nie dopuścić do jego zwycięstwa. Czy zdążą zapobiec nieszczęściu? Ile ofiar pochłonie ta bitwa?


 Nie napiszę, że nie interesuję się polityką, bo bym skłamała. Wręcz przeciwnie, w ostatnim czasie z zaciekawieniem śledzę naszą arenę polityczną, chociaż niejednokrotnie kręcę głową. Mimo tego obawiałam się trochę, czy aby przypadkiem polityka nie zdominuje "Reemisji", ale z ulgą odkryłam, że autorka postanowiła ukazać ten aspekt w zupełnie innym kontekście i stworzyła z niego jedynie tło całej historii.

 Według mnie, "Reemisja" nie jest jednym z typowy thrillerów , do jakich przywykliśmy, ale żeby to zrozumieć, musicie przeczytać tę książkę sami. Ma w sobie to nienazywalne coś, co odróżnia ją od powieści tego gatunku.

"Nikt nie jest zdolny tak bardzo skrzywdzić drugiego człowieka jak inny człowiek, i to człowiek musi tego człowieka przed człowiekiem obronić!!! - Po tych słowach kobieta opadła i poczuła, jak uchodzi z niej powietrze"

 Na pewno na pochwałę zasługuje sposób poprowadzenia akcji. Spodobało mi się to, że nie czytamy przez pół książki o jednym bohaterze, mając go już serdecznie dość. Na początku nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw, bo powieść rozpoczyna się bardzo spokojnie. Jednak z każdą kolejną stroną pojawia się coraz więcej niedopowiedzeń, coraz więcej pytań, coraz więcej pionków w grze.
 Autorka umiejętnie dawkowała emocje, jednocześnie sprawiając, że chciałam więcej i więcej. Każdemu z bohaterów autorka poświęciła dużo uwagi - każda osoba (zarówno wygląd jak i portret psychologiczny) jest dopracowana niemal do perfekcji, dzięki czemu nie mamy najmniejszego problemu z wizualizacją poszczególnych osób. .

 Niestety nie do końca spodobał mi się pomysł wprowadzenia delikatnych elementów fantastyki - zastanawiam się, czy to było konieczne.
 Rozumiem, taka była koncepcja autorki, ale wydaje mi się, że przez to w pewnym momencie cała opowieść straciła wiarygodność.
 Generalnie nie mam nic przeciwko lekkiej fantastyce, ale w tym konkretnym przypadku nastawiłam się na pełnokrwisty thriller. A może po prostu te nadprzyrodzone moce tak mnie zaskoczyły, że nie byłam w stanie ich zaakceptować?


 Mimo tego jednego minusa, w ostatecznym rozrachunku pierwsze spotkanie z twórczością Izabeli Milik oceniam bardzo pozytywnie.
 Fabuła mnie zaciekawiła, akcja wciągnęła już od pierwszych stron, bohaterowie zostali ciekawie skonstruowani, a przedstawiony w "Reemisji" świat pokazał jak wiele człowiek może zrobić dla kariery i zaspokojenia swoich potrzeb. Spodobał mi się też styl jakim posługiwała się Izabela Milik. 
 Pomimo obecności perwersyjnego seksu, brutalnego morderstwa, polityka rodem z piekła i przerażającego zakończenia - przyjemnie spędziłam czas przy tej książce. Może nie jest to
crème de la creme tego gatunku, ale warto poświęcić tej powieści kilka godzin, chociażby po to, żeby potem podyskutować o przedstawionej tam wizji Polski 🌍 która może okazać się bardziej prawdopodobna niż nam się wydaje...

/Ania.

"Reemisja"
Izabela Milik 
Wydawnictwo Novae Res

Za egzemplarz recenzencki i piękną dedykację dziękuję autorce, Izabeli Milik 😘😘😘


czwartek, 3 maja 2018

"Pamiętnik ze starego domu" Ilona Gołębiewska

 Nie wiem jak Wy, ale ja nie cierpię pożegnań...



 Niestety w życiu Alicji nastąpiła taka chwila, w której uznała, że czas już powiedzieć do widzenia. Nie żegnaj, bo z pewnością w przyszłości przejdziemy przez tę historię raz jeszcze 😉
 Jednak zanim to nastąpiło i zanim każda z nas poszła w swoją stronę, główna bohaterka trylogii Ilony Gołębiewskiej musiała zawalczyć o szczęście u boku Adama, spróbować nawiązać bliższą relację z siostrą, o istnieniu której nie miała zielonego pojęcia i podjąć jedną z najważniejszych decyzji w życiu - co zrobić dalej z dokumentami pozostawionymi przez dziadka, Jana? Czy powinni z Jonasem brnąć dalej, aby odwaga Jana i Elizabeth nie poszły w zapomnienie, czy może jednak powinni odpuścić i nie burzyć spokoju tych wszystkich ludzi?

"Najpiękniejszych chwil w życiu nie da się zaplanować. One przychodzą same. Ważne, by je odnaleźć w codzienności. Życie jest za krótkie, by odkładać wszystko na później".

 Smutno mi, że to już koniec. Bardzo polubiłam zarówno Alicję, Adama jak i dzieciaki i wszystkich ich bliskim.
 Ilona Gołębiewska postawiła przed swoimi bohaterami wiele wyzwań. Za każdym razem życzyłam im jak najlepiej, ale wiadomo, jak to w życiu bywa - nie wszystko można przewidzieć i nie wszystko da się przeskoczyć.
 Poza tym czuję ogromny sentyment do tej historii, bo jej akcja w większości rozgrywa się w dobrze znanych mi miejsca 😉 Robiłyśmy nawet z Alicją zakupy w tej samej galerii 😉

 "Tak to już zazwyczaj bywa, że jeżeli czegoś bardzo mocno chcemy, to wtedy nam się to nie przydarzy. Czekamy, dokładamy podwójnych starań, a na horyzoncie jak nie było, tak nie ma żadnego efektu. Nie należy przejmować się tym, na co nie mamy wpływu, to najlepsze wyjście. Najczęściej los uśmiecha się do nas, gdy najmniej się tego spodziewamy".

 Jednak jeżeli myślicie, że lubię tę trylogię tylko ze względu na sympatię do bohaterów i miejsce akcji, muszę wyprowadzić Was z błędu.


 Biorąc pod uwagę tylko trzecią część, czyli "Pamiętnik ze starego domu" najbardziej spodobały mi się dwie kwestie.

  • Po pierwsze - mnogość wątków. W pierwszej części akcja była skupiona przede wszystkim na powrocie Alicji w rodzinne strony. W drugiej pojawiły się nowe, dodatkowe wątki, które bardzo urozmaiciły fabułę, ale to w trzeciej autorka udowodniła, że jeżeli tylko pisarz ma umiejętności, idealnie połączy ze sobą wszystko! 
  • Po drugie bardzo przypadł mi do gustu mix styli - była i proza, i poezja, i zapiski z pamiętnika. Taka zmiana nie pozwoliła mi się nudzić!

 Ważną rzeczą, na którą chcę zwrócić Waszą uwagę jest to, że według mnie część zamykająca opowieść o Alicji jest najbardziej dojrzała i najbardziej przemyślana. W sumie ten rozwój mogłabym porównać do etapów przez jakie musiała przejść jej bohaterka - etapów, dzięki którym stała się dojrzałą, świadomą swej wartości osobą, która już wie, czego chce i potrafi o to zawalczyć.


 Historia Alicji pokazuje, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Czasami trudno do niego trafić. Ba! czasami niełatwo je nawet zlokalizować, ale ona jest i tylko czeka na nasz właściwy ruch. A wszelkie tajemnice, które traktujemy jak coś złego, tak naprawdę kształtują to, jakim człowiekiem się stajemy. Pamiętajcie - o szczęście trzeba walczyć!

/Ania.

"Pamiętnik ze starego domu"
Ilona Gołębiewska 
Wydawnictwa MUZA S.A

Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce, Ilonie Gołębiewskiej (www.ilonagolebiewska.pl) oraz Wydawnictwu MUZA SA (www.muza.com.pl) 😘😘😘

"PAMIĘTNIK ZE STAREGO DOMU"



"TAJEMNICE STAREGO DOMU"



"POWRÓT DO STAREGO DOMU"




niedziela, 29 kwietnia 2018

"Coś do ukrycia" Iwona Kowalska

 Zawiodłam się na tej książce, a przecież opis zapowiadał tak świetną przygodę. 



 Julia wraz z Filipem planują powiadomić jego rodzinę o planowanych zaręczynach. Pomimo tego, że Julia ulega wypadkowi w pracy, młodzi postanawiają nie odwoływać wizyty. Okazuje się, że złamana noga i liczne siniaki to najmniejszy problem przyszłej panny młodej, bowiem podczas spotkania na jaw wychodzi wstydliwa tajemnica z jej przeszłości, która dyskredytuje ją w oczach Filipa i jego bliskich. Ze ślubu nici! A miało być tak pięknie...

 Julia czuje się upokorzona. Za namową przyjaciół, Basi i Mietka, postanawia się nie poddawać i poszperać trochę w przeszłości rodziny jej eksnarzeczonego. Chce wszystkich zdemaskować, aby oni poczuli się równie podle jak ona w dniu tej przeklętej wizyty, a przy okazji uratować swój honor i odzyskać ukochanego. I tak oto rozpoczyna się wspólne "śledztwo", które lekko komplikuje pojawienie się Marka, kuzyna Filipa.

 Nawet nie wiecie jak bardzo żałuję, że tym razem recenzja nie będzie pozytywna, ale nie mogę napisać, że było super skoro moim zdaniem nie było.


 Zaczęło się od tego, że nie bardzo rozumiałam, czemu Julii tak bardzo zależy na odzyskaniu Filipa. To prawda - z miłością się nie dyskutuje, ale mężczyzna jej życia od początku był przedstawiony jako cholerny dupek, z którym nie sposób wytrzymać. Taki zapatrzony w siebie burak! Ale ok, miłość to miłość, a urażona duma pragnie zemsty. Nie będę z tym dyskutować.

 Julia wraz z przyjaciółmi "przenika" w otoczenie swoich ofiar, przebywa z nimi, nawet dla nich pracuje (!), ale dzięki odpowiednim kamuflażom nikt jej nie poznaje. Wszak jest dobrą aktorką. Jednak jeżeli liczycie, że Julka, Basia lub Mietek znajdą w czyjejś szafie jakiegoś trupa, to... się mylicie i myliłam się ja. Trupów nie będzie.
 Doskonale sobie zdaję sprawę, że te odkryte sekrety miały dotknąć i pogrążyć członków rodziny Filipa, jak również pokazać mentalność nas samych - przecież my też czasami, z różnych przyczyn, zakładamy maski i udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Autorka chciała pokazać, że każdy ma coś do ukrycia. Ale brakowało mi tego WOW. Przyznaję, że te sekrety poszczególnych osób były czymś, co trzymało mnie przy tej książce, bo byłam niesamowicie ciekawa, co też takiego może ukrywać była posłanka, psycholog, ksiądz proboszcz, czy szlachcianka (głównie ona). Ale niestety po pełnym oczekiwania akcie (tak, tak - bohaterowie są aktorami, więc rozdziały są właśnie aktami) myślałam sobie "ooo, tylko tyle?".

 Tym, co przelało czarę goryczy był humor. A ściślej rzecz ujmując za dużo humoru, który w moim odczuciu wcale nie był śmieszny. Zaśmiałam się w trakcie lektury jeden raz. Jeden malutki raz. Przez resztę wyglądałam jak smerf maruda, który w drugiej części przygód o niebieskich stworkach nagle postanowił zostać optymistą i zamiast uśmiechu na jego twarzyczce pojawił się bliżej nieokreślony grymas. Ja tak właśnie wyglądałam - już myślałam, że zaraz nastąpi przełom i wreszcie będę miała okazję do śmiechu, ale treść szybko sprowadzała mnie na ziemię.

 Nie zrozumiałam też kompletnie zabiegu nie wymieniania nazw miejscowości. Autorka we wstępie napisała "Ponieważ wszelkie imiona w istocie należą do bohaterów tej historii, postanowiłam dla przyzwoitości chociaż nazwy miast skrócić do jednej, symbolicznej litery".
 A ja się pytam, po co? Po to, żeby pokazać, że taka historia może zdarzyć się w każdym zakątku świata (w tym wypadku Polski) ? Po to, żeby uzmysłowić czytelnikom, że tacy ludzie są wszędzie? A może po to, żeby było anonimowo? Być może, ale to sprawiło, że te miasta i miejscowości stały się dla mnie takie ... bezpłciowe.Nie wiedziałam, czy W. to Warszawa, Wrocław, czy Bóg wie, co jeszcze. Nie miałam wyobrażenia, czy pensjonat, do którego pojechali bohaterowie jest w górach, czy nad morzem, a może gdzieś w centrum. Masakra.

 Szkoda, wielka szkoda, że nie mogę wyrazić się o tej powieści pozytywnie, tym bardziej, że na początku zarys fabuły naprawdę wydawał mi się ciekawy. Nie ukrywam, że były chwile, w których nie mogłam oderwać się od czytania; momentami dostrzegałam przebłyski geniuszu. Nagle akcja nabierała fajnego tempa i zaczynała iść w konkretnym kierunku, dialogi między bohaterami nie były wymuszone ani sztuczne, ale te wszystkie elementy złożone w całość po prostu według mnie nie do końca do siebie pasowały. Tego wszystkiego było zdecydowanie za dużo.

 To pierwsza opublikowana powieść autorki i doskonale wiem, że chciała dobrze. Zresztą to oczywiste, że każdy autor, także ten debiutujący chce dla czytelnika jak najlepiej. W zależności od gatunku chce go wzruszyć, przestraszyć, rozśmieszyć. I w tym konkretnym przypadku mam wrażenie, że pani Iwona dołożyła wszelkich starań, żeby tych zabawnych sytuacji było jak najwięcej, tylko że to nie zawsze o to chodzi. Czasami mniej znaczy lepiej.

 Nie chcę odwodzić Was od przeczytania tej książki, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że wśród Was jest wiele osób, którym ta powieść przypadnie do gustu. I być może większość z Was będzie przy niej pękać ze śmiechu.
 Ja nie pękałam, nie zżyłam się też z bohaterami. Liczyłam na dobrą zabawę, ale z przykrością muszę stwierdzić, że historia Julii nie przypadła mi do gustu. Kompletnie mnie nie porwała. Szkoda, wielka szkoda...

/Ania.

"Coś do ukrycia"
Iwona Kowalska 
Wydawnictwo Novae Res

Recenzja powstała dzięki współpracy z Wydawnictwem 



sobota, 28 kwietnia 2018

"Słoneczne jutro" Ewa Bauer

 Pożegnania nadszedł czas.



 Anna była przekonana, że przeszłość została daleko w tyle, i że w innym kraju demony przeszłości jej nie dopadną. Niestety, ani nowe miejsce nie przyniosło jej takiego ukojenia na jakie liczyła, ani (nie)nowi znajomi, nie byli w stanie pomóc naszej bohaterce w pełni pogodzić się z tym, co ją spotkało. Poza tym życie postanowiło wystawić ją na kolejną, wyjątkowo ciężką próbę.  Czy nadejdzie taki dzień, w którym dla Anny wreszcie zaświeci słońce?

 Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy.
Niestety historia Ani też. "Słoneczne jutro" to już ostatni tom cyklu "Kolory uczuć" autorstwa Ewy Bauer. Recenzje poprzednich części : "W nadziei na lepsze jutro" [KLIK], "Kruchość jutra" [KLIK]. 
 
 To była wyjątkowa, książkowa podróż. Anna zabrała mnie tym razem do słonecznej Hiszpanii, dokąd chciała uciec przed problemami. Była przekonana, że w tym miejscu będzie bezpieczna, i że jej najbliżsi to właśnie tam poczują się jak w domu. Życie jednak pokazało, że wszystko proste jest w teorii, gorzej już z praktyką.

 Pierwsza część tej powieści była w głównej mierze poświęcona historii Hiszpanii, jej kulturze i tradycjom. Taki... mini przewodnik przybliżający mentalność mieszkańców tego kraju.
 Z kolei druga część była prawdziwą grą nerwów ; nie można bowiem zachować spokoju, kiedy w grę wchodzi ludzkie życie i to jeszcze najbliższej sercu osoby. Poza tym nadszedł wreszcie odpowiedni moment, aby raz na zawsze rozliczyć się z przeszłością.


 Autorka znów udowodniła, że potrafi urzeczywistnić sytuacje, które dzieją się tylko na papierze. Przeżywałam wszystko razem z Anną - razem z nią się bałam, razem z nią się uśmiechałam, razem z nią miałam nadzieję, że to lepsze jutro wreszcie nadejdzie, i że wszystko w końcu się ułoży.

 Szkoda, że dotarłyśmy już do kresu tej podróży. Przyznam szczerze, że bardzo zżyłam się z Anną, bo z pewnych względów stała mi się bardzo bliska i doskonale rozumiałam, co przeżywała. I przez co musieli przejść jej chłopcy.


 Cóż ja mogę Wam powiedzieć? "Słoneczne jutro" to wspaniała, choć niełatwa historia. Piękne plenery, wiele ciekawostek, multum emocji. W dodatku cudowna okładka. Nie mogę nie polecić Wam tej książki. Po prostu nie mogę! Nic nie poradzę na to, że Ewa Bauer i jej bohaterowie skradli moje serce...

/Ania.

"Słoneczne jutro"
Trzeci tom cyklu "Kolory uczuć
Ewa Bauer 
Wydawnictwo Szara Godzina

Recenzja powstała dzięki współpracy z Wydawnictwem 

środa, 25 kwietnia 2018

"Kruchość jutra" Ewa Bauer

 Przyszłość może okazać się bardzo krucha. Nawet ta z pozoru najbardziej stabilna.



 Dotkliwie przekonała się o tym Anna, bohaterka cyklu "Kolory uczuć" Ewy Bauer, którą poznaliście w poprzedniej recenzji [KLIK] . Anna, po pokonaniu prawie wszystkich przeciwności losu, powoli zaczęła wychodzić na prostą i układać sobie życie od nowa. Wreszcie śmiało mogła powiedzieć, że jest szczęśliwa.
 Niestety, nie przewidziała jednego - że cały jej nowy świat może w jednej chwili runąć niczym domek z kart. Czy naprawdę mogła się aż tak bardzo pomylić?

"Dlaczego dopiero w obliczu straty uświadamiamy sobie, że gra nie była warta świeczki? Poznajemy, co jest naprawdę ważne, kiedy nie możemy już tego mieć"

 Rewelacyjnie napisana kontynuacja powieści "W nadziei na lepsze jutro", która pokazuje, że to jutro, które wreszcie nadeszło, nawet najbardziej radosne i kolorowe, może bardzo szybko pokazać swoje mroczne oblicze.
 Autorka udowodniła, że prostym językiem potrafi przekazać czytelnikowi cały wachlarz emocji towarzyszących bohaterom. Co ciekawe, tak przetasowała karty, że nagle role w tej grze kompletnie się odwróciły. Komu tak naprawdę można zaufać?

"Przykre doświadczenia, które nas dotykają, są jedynie środkiem do osiągnięcia celu. Nawet to, co spotkało Annę, musi być jedynie preludium do szczęścia. Zmuszała się, żeby tak myśleć. Tylko wtedy była w stanie egzystować i nie załamać się (...) Życie jest zbyt kruche, by bać się własnego cienia i stale zastanawiać się, jakie nieszczęście może nas jeszcze spotkać."

 W zasadzie, nie mam się do czego przyczepić. Fabuła znów mnie zaciekawiła, pewien wątek okazał się niesłychanie intrygujący, akcja pędziła jak szalona, a bohaterowie okazali się... zupełnie inni niż przypuszczałam. Spodobało mi się też "zamknięte" zakończenie.
 Napisałam Wam w recenzji "W nadziei na lepsze jutro", że w tym konkretnym przypadku nie przeszkadzało mi otwarte zakończenie, bo pod ręką miałam już kolejny tom. Jednak, gdybym sięgnęła po pierwszą część w dniu premiery i musiała czekać kilka miesięcy na kontynuację, czułabym się niepocieszona, bo w zasadzie zakończenie pierwszego tomu, było tak naprawdę dopiero otwarciem tej historii. Akcja została nagle przerwana.
 W przypadku drugiej części, zakończenie wydaje się bardziej zamknięte, ze względu na domknięcie pewnych wątków. Owszem, przed Anną jeszcze wiele wyzwań w trzeciej części, ale generalnie nie czuć tego napięcia oczekiwania. Nawet, gdyby w tym momencie zakończyła się wspólna podróż z Anną, nie czułabym rozczarowania. I to jest ogromny plus.


 Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcić Was do sięgnięcia zarówno po "Kruchość jutra" jak i pierwszą części. Obydwie powieści naprawdę przyjemnie i szybko się czyta.  Według mnie, to naprawdę kawał dobrej, obyczajowej roboty, która ukazuje problemy współczesnych trzydziestolatków (i nie tylko). Miłość, radość, zdrada, kłamstwo, śmierć - to wszystko otacza nas na codzień i właśnie dlatego historia Ani może stać nam się bliska.

/Ania.

"Kruchość jutra"
Drugi tom cyklu "Kolory uczuć
Ewa Bauer 
www.ewabauer.pl
Wydawnictwo Szara Godzina.

Recenzja została napisana dzięki współpracy z Wydawnictwem 


poniedziałek, 23 kwietnia 2018

"W nadziei na lepsze jutro" Ewa Bauer

 Nic nie dzieje się bez przyczyny...



 Młoda kobieta, która bardzo pragnie być szczęśliwa i przeciwności, które ją spotykają. Czy prawdziwa miłość istnieje? 
 Historia Anny przeplata się z losami dwóch kobiet, których życie również nie układa się tak, jak by sobie tego życzyły. Bohaterowie powieści przechodzą metamorfozy, podejmując różne, nie zawsze słuszne decyzje. Czy w poszukiwaniu miłości wolno wszystko? Czy w końcu nadejdzie lepsze jutro?

 Wreszcie mam dla Was recenzję pierwszego tomu cyklu "Kolory uczuć" Ewy Bauer. Z racji tego, że jeszcze dwukrotnie spotkamy się z bohaterami poznanymi w historii opisanej w powieści "W nadziei na lepsze jutro" postanowiłam, że dziś będzie krótko i na temat.

 Mogliście zauważyć, że zawsze staram się opisać zarys fabuły własnymi słowami. Dlaczego więc teraz postanowiłam zrobić inaczej i skopiować tekst z okładki? Otóż dlatego, że on, w przeciwieństwie do mnie, niczego nie zdradza! W zasadzie czytając notkę zamieszczoną na czwartej stronie okładki nie wiemy tak naprawdę, co nas czeka.

 Domyślamy się, że akcja będzie skupiona wokół Anny, ale kompletnie nie mamy pojęcia, jakie spotkają ją przeciwności losu. Opis nie zdradza też, kim są pozostałe dwie kobiety, których losy będą przeplatać się z historią głównej bohaterki. Czy są to obce Annie osoby, a może wręcz przeciwnie - ktoś bliski jej sercu?
 Same tajemnice i niech tak zostanie 😉
Czasami lepiej wiedzieć mniej, niż przeczytać opis i od razu domyślać się, co też zaraz się wydarzy.


 Jest jednak kilka spraw, o których mogę i jak najbardziej chcę Wam króciutko opowiedzieć.

  • Po pierwsze - od pierwszych stron zakochałam się w stylu pani Ewy. "W nadziei na lepsze jutro" to co prawda debiut, ale czytało mi się go świetnie. Autorka bardzo plastycznie nakreśliła wszystkich bohaterów. Zrobiła to tak dobrze, że miałam autentyczne wrażenie, jakbym ich znała. Fakt, jednych polubiłam bardziej, innych mniej. Ale tak to już bywa. W końcu - nic nie dzieje się bez przyczyny, więc każdy na własny rachunek próbował zyskać moją sympatię, z lepszym lub gorszym skutkiem. 
  • Po drugie - rozdziały są krótkie, więc spokojnie mogłam (i Wy wkrótce jeśli jeszcze tego nie zrobiliście mam nadzieję też) przeczytać jeszcze jeden przed snem. I jeszcze jeden, i jeszcze jeden... 
  • Po trzecie - świetnie poprowadzona akcja. Nawet przez chwilę nie jest nudno. Ciągle coś się dzieje. Czasami wracamy do przeszłości, aby lepiej przyjrzeć się historii Anny; czasami myślami wybiegamy w przyszłość, mając nadzieję, że jeszcze nadejdzie to lepsze jutro. 
  • Po czwarte - wyjątkowo nie zirytowało mnie otwarte zakończenie. Z pewnością wynikało to z faktu, że wszystkie trzy części są już w moim posiadaniu i nie musiałam czekać na premierę kolejnych  części 😉
  • Po piąte - początkowo chciałam Wam napisać, że ta książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie (tak faktycznie jest), i że autorka sama sobie postawiła poprzeczkę bardzo wysoko, i że jestem ciekawa, czy drugi tom cyklu - "Kruchość jutra" - spodoba mi się tak samo jak pierwszy/ bardziej niż pierwszy /wcale mi się nie spodoba. Tylko, że... ja już to wiem! Bo druga część już za mną i powiem Wam, że pani Ewa... 

 A zresztą! O tym jutro!

/Ania.

"W nadziei na lepsze jutro"
Pierwszy tom cyklu "Kolory uczuć" 
Ewa Bauer 
Wydawnictwo Szara Godzina

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu 




czwartek, 19 kwietnia 2018

"Ariel znaczy lew" Andrzej Selerowicz

 Tym razem mam dla Was dość kontrowersyjną propozycję od Wydawnictwa NovaeRes.


 Powieść zaczyna się... bardzo niewinnie.
Ariel (zwany też Arturem) udziela wywiadu Robertowi, studentowi pracującemu nad pracą magisterską.
 Starszy mężczyzna, który przetrwał Holokaust przeszedł do historii jako utalentowany skrzypek, ale nie bohater (o tym trochę później). Dzięki retrospekcjom poznajemy jego, na pewno dla niektórych, szokującą przeszłość. Cofamy się do czasów II Wojny Światowej.


 Ariel ma 15 lat i, takie odniosłam wrażenie, nie do końca rozumie, co się wokół niego dzieje. Mieszka wraz z rodzicami i starszą siostrą Hanią w dzielnicy żydowskiej. Pewnego upalnego dnia do drzwi jego domu puka Wolfgang, niemiecki żołnierz. Chyba nikomu nie muszę tłumaczyć, co to mogło oznaczać w okupowanym przez Niemców Krakowie. A mimo to między żydowskim chłopcem, a niemieckim żołnierzem rodzi się miłość. Tylko czy ma ona szansę na przetrwanie w tym niezwykle trudnym czasie?

 Często bohaterami powieści historycznych ( nie tylko tych poświęconych tematyce związanej z obozami koncentracyjnymi) są osoby, które w jakiś sposób zapisały się dzięki swoim czynom na kartach historii ; w jakiś sposób walczyły o wolność kraju i, w tym przypadku, zakończenie panowania niemieckiego na ziemiach polskich; osoby poległe lub ci, którzy przetrwali obozowe piekło i postanowili podzielić się z innymi swoją historią.
 W tej powieści jest zupełnie inaczej. Może zabrzmi to z mojej strony brutalnie, ale Ariela w żaden sposób nie można nazwać bohaterem. Nie działał w tajnych stowarzyszeniach, nie chwycił za broń i nie stanął do walki o wolność, wyzwolenie. Udało mu się "jedynie" przeżyć. Walczył jak lew, ale swoimi sposobami. Dlaczego więc powieść Andrzeja Selerowicza zasługuje na uwagę?  Przede wszystkim dlatego, że pokazuje tamte czasy z zupełnie innej perspektywy niż do tej pory. Z punktu widzenia osoby zakochanej. Osoby, która dopiero dojrzewa i za wszelką cenę chce przeżyć i spełnić swoje wielkie marzenie. To "wszystko".

 Dlaczego na początku napisałam, że ta historia jest kontrowersyjna? Uważam, że człowiek nie musi wszystkiego akceptować, nie musi się ze wszystkim zgadzać, ale powinien uszanować wybór innych. Ja należę do osób tolerancyjnych, ale przyznam, że powieść troszkę mnie zszokowała. Zwłaszcza to, że kiedy doszło do pierwszego spotkania chłopca z ponad dwudziestoletnim żołnierzem, Ariel był w zasadzie jeszcze niewinnym dzieckiem. A mimo to dorosły Wolfgang postanowił ciągnąć tę znajomość dalej, o wiele lepiej zdając sobie sprawę z zagrożenia, jakie się z tym wiązało. To, że Ariel był zafascynowany, bądź co bądź, dorosłym już mężczyzną, jestem jeszcze w stanie zrozumieć, ale to, że starszy od niego o dobrych kilka lat żołnierz postanowił go wykorzystać, no to już wywołało we mnie pewien... bunt. Ktoś może powiedzieć, że czasy były inne, że przecież Ariel wcale nie protestował, wręcz przeciwnie - o niczym innym w tamtej chwili nie marzył, ale ja takiemu zachowaniu mówię stanowcze NIE. Tym bardziej budzi to we mnie emocje, bo to historia... oparta na faktach! Szczegóły poznacie już na pierwszych stronach. Myślę więc, że nie każdemu się to spodoba. Chociaż nie będę ukrywać, że autor obszedł się ze mną, jako czytelnikiem, delikatnie i nie zaserwował żadnych opisów, które przekroczyłyby granicę dobrego smaku.

 O tym, jak zakończyła się historia miłości Ariela i Wolfganga i jak potoczyło się dorosłe życie tytułowego bohatera będziecie musieli przekonać się sami, bo i tak mam wrażenie, że za dużo już Wam zdradziłam.


 Czy warto zatem sięgnąć po tę książkę?
Według mnie, jak najbardziej tak.
Nie od dziś przecież wiadomo, że najlepsze scenariusze pisze samo życie. A autor musi tylko umiejętnie poprowadzić akcją i bohaterami 😉
A ja już wiem, że panu Andrzejowi Selerowiczowi to się udało.

 Przyznam szczerze, że dopóki nie dostałam od Wydawnictwa NovaeRes propozycji zrecenzowania tej powieści, nie miałam w ogóle pojęcia o jej istnieniu.
 Mówi się, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, ale powiem Wam, że gdybym teraz jej nie wybrała, a trafiła na nią przypadkiem dopiero za kilka lat, plułabym sobie w brodę, że nie poznałam historii Ariela wcześniej.
 Dlatego też mam cichą nadzieję, że tak jak ja zdecydujecie się na lekturę tej książki teraz, aby nie żałować w przyszłości, że tego nie zrobiliście.

/Ania.

"Ariel znaczy lew"
Andrzej Selerowicz 
Wydawnictwo NovaeRes

Powieść zrecenzowana dzięki uprzejmości Wydawnictwa NovaeRes 😘😘😘



TOP3 od AVON

Dziś wpis nietypowy, bo nie o książkach,  a o kosmetykach 💮  Być może część z Was zauważyła, że od kilku miesięcy jestem jedną z k...