sobota, 12 sierpnia 2017

"Nie widując gwiazd" Agata Piechota

 Gdy coraz trudniej oddychać... 

 


 Czy też czasami macie tak, że już po przeczytaniu pierwszego zdania (a w tym wypadku dedykacji) wiecie, że książka, którą zaczynacie skradnie Wasze serce ❤ ? Nie widując gwiazd debiutującej na polskim rynku wydawniczym Agaty Piechoty to bez wątpienia jedna z takich właśnie historii.

 Na pierwszy rzut oka Jagoda to piękna i inteligentna kobieta sukcesu. Dobra praca, własne mieszkanie, masa znajomych. Rzeczywistość jednak okazuje się inna. Praca wcale nie przynosi głównej bohaterce tyle satysfakcji ile próbuje sobie wmówić, mieszkanie to tak naprawdę małe, wynajmowane lokum, a znajomi. No cóż. Dziś są, jutro ich nie ma. Jagoda może liczyć tylko na Idę i Ewelinę, które akceptują ją w 100% kiedy po przekroczeniu progu mieszkania staje się po prostu sobą.
 Tylko jak długo w codziennym życiu można ukrywać się pod maską perfekcjonistki, która udaje, że jest silna i nic nie jest w stanie jej złamać?
 Czy przypadkowe spotkanie z pewnym mężczyzną sprawi, że Jagoda zacznie patrzeć na wszystko z innej perspektywy? A może dalej będzie brnąć w farsę zakładając kolejne maski?

Tyle rzeczy na noc tracimy, by
odzyskać je tuż przed wschodem słońca. 
Tak właśnie dzieje się z moją pewnością siebie. 
Każdego ranka wkładam ją jak pancerz, 
twardniejacy z każdą kolejną porażką, 
ukrytym drżeniem głosu, 
łzą zatrzymaną w połowie drogi. 
Czasem przyłapuję się na tym, że 
zaczynam wierzyć, iż właśnie taka jestem naprawdę.
Otwarta, zdystansowana, 
świadoma swojego miejsca na ziemi. 
Najbardziej liczy się jednak to, że 
większość osób, które 
spotykam na swej zawiłej drodze, 
nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości.  

  Jak można spodziewać się po tytule recenzji, Jagoda w pewnym momencie powoli zaczyna się dusić. Brakuje jej powietrza. Brakuje jej gwiazd. Chociaż nie chce się do tego przyznać, brakuje jej mężczyzny, który z uporem maniaka będzie tak długo walił w mur jaki wokół siebie wybudowała, aż powstanie na nim pierwsza rysa. Potem kolejna i kolejna, aż w końcu obronna forteca runie z głośnym hukiem. Czy tą osobą okaże się przystojny barman? A może pewny siebie i arogancki Igor? A może tak naprawdę wszystko zależy tylko i wyłącznie od Jagody? Może już najwyższy czas, aby idąc za radą autorki dwudziestosiedmiolatka wyszła z własnej głowy i zaczęła żyć?

Nie chcę być częścią (...) planu B
(...) moje życie przypomina ostatnio niskobudżetowy film z kiepską fabułą 
i dużą liczbą postaci epizodycznych. 
Najwyższa pora na pierwszoplanową rolę. 

 Uwielbiam literackie debiuty, bo mimo (często) pięknej okładki, dobrej reklamy, czy intrygującego opisu i tak zawsze stanowią one jedną wielką niewiadomą. Są zagadką, którą pragniemy rozwiązać. Są tajemnicą, która nas kusi i uwodzi.


 A jak jest z tą książką?
 Największym atutem Nie widując gwiazd obok ciepłej i pięknej historii jest pierwszoosobowa narracja, dzięki czemu czujemy, że bohaterka obdarzyła nas zaufaniem dzieląc się z nami swoimi sukcesami i porażkami. Swoim szczęściem i swoimi łzami.
 Czytając tę powieść miałam wrażenie, że Jagoda zaprosiła mnie do swojego świata. Wpuściła do swojego małego królestwa. Pozwoliła mi być świadkiem swoich wyborów. Nie zawsze słusznych...
 Kolejną zaletą tego debiutu są ciekawi i różnorodni bohaterowie. Obok sympatycznej Jagody mamy również okazję poznać silną i bezkompromisową Idę oraz pragnącą szczęścia Ewelinę, która samotnie wychowuje synka.
 Mamy szansę przyjrzeć się Karolowi - oazie spokoju, Robertowi - kolejnemu mistrzowi w doborze masek i Michałowi, przy którym sprawdza się dewiza, że najlepsza dieta cud to włoszczyzna i przystojny mężczyzna ☺
 Jagoda na swej drodze spotka jeszcze kilka innych osób, które w mniejszym lub większym stopniu wpłyną na jej życiowe wybory, ale o nich będziecie musieli przeczytać już sami ☺

 Nie widując gwiazd może wydawać się na początku lekką powieścią o problemach dzisiejszych (prawie)trzydziestolatek, które znajdują się na rozdrożu i zastanawiają się: co dalej? Ale wczytując się głębiej w tę powieść przekonacie się tak jak ja, że to opowieść o życiu, które nie zawsze jest takie jakie sobie wyobrażamy. Czasem to my podejmujemy niewłaściwe decyzje, czasami inni podejmują je zamiast nas nie pozostawiając nam wyboru.  Pytanie tylko, czy jesteśmy w stanie znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły, aby stawić czoło rzeczywiści, ale nie tej zbudowanej w naszej głowie, tylko tej, która otacza nas, a której często nie chcemy dostrzegać?


 Agata Piechota rozpoczęła swoją przygodę na rynku wydawniczym naprawdę mocnym wejściem. Niczym smok rosnący w siłę z każdą kolejną stroną. Bo mimo początkowego wrażenia o schematyczności historii, nagle wszystko zostaje zrównane z ziemią, na której zostaje zasiane nowe ziarno. I wierzę, że wyrośnie z niego coś pięknego.
 Autorka już wkrótce może mocno namieszać na rodzimym rynku i stać się jedną z ulubionych, polskich autorek wielu czytelniczek i czytelników (mężczyźni - przyznajcie się wreszcie, że też czasami zaglądajcie do świata literatury kobiecej ☺).
 Ja z pewnością czujnie będę śledzić jej karierę pisarską, bo jestem ciekawa, w jakim kierunku podaży i co zaserwuje nam kolejnym razem.


 Według mnie ta powieść jest niemal... idealna.
Nie jest przesłodzona niczym pączek, po którym robi się nam mdło, ale też nie jest wypełniona dramatami, po których wpadamy w panikę, że z naszym życiem też coś jest nie tak. Jest przede wszystkim prawdziwa i skłania do przemyśleń.
 A przecież właśnie takie historie najbardziej zapadają w pamięć.

/Ania. 

"Nie widując gwiazd"
Agata Piechota 
Zysk i S-ka Wydawnictwo 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję :
 www.zysk.com.pl


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

"Dance, sing, love. Miłosny układ" Layla Wheldon

 Recenzja przedpremierowa 



 Sensacja wattpada. Romans #1.
Ponad 2,5 miliona odsłon! 
  I wszyscy, którzy śledzą książkowe nowości już wiedzą, że mowa tu o powieści Layli Wheldon. 
 Czy jednak wirtualny sukces Dance, sing, love. Miłosny układ znajdzie swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości? Kto w dniu premiery, czyli 17 sierpnia, z przyjemnością sięgnie po kolejny literacki debiut, a kto będzie omijał go z daleka? Kto dla tej powieści zarwie noc, a kto będzie czytał ją po kilka stron ? 
 Na wszystkie te pytania znajdziecie odpowiedzi w mojej recenzji. Zapraszam ☺


 Livia jest zawodową tancerką. Pod czujnym okiem choreografki Mirandy, Liv wraz z zespołem tworzą niesamowite show podczas występów największych gwiazd. Ponad to występują w teledyskach, statystują w filmach. 
 James Sheridan (czy tylko mnie kojarzy się on z Ed'em?) jest topowym piosenkarzem, na punkcie którego szaleje tysiące fanek. Zapatrzony w siebie 26-latek jest największym dupkiem na świecie. Tak, tak. James'owi zdecydowanie woda sodowa uderzyła do głowy. I kobiety. I alkohol. I sława. I pieniądze. Idealny materiał dla plotkarskich portali. 
 Drogi Livii i James'a po raz pierwszy skrzyżują się w Rzymie podczas przygotowań do wielkiego tournee gwiazdora. Nikt nie będzie tak irytował zdolnej tancerki jak zadufany Sheridan. Jednak tygodnie prób, niedostępność celebryty, odwaga tancerki i potajemne zwiedzanie największych i najpiękniejszych miast Europy w końcu zbliżą do siebie tę dwójkę. Livia dostrzeże w James'ie normalnego faceta i wreszcie odda mu swoje serce. Gdyby tylko wiedziała, że miłość zamiast uszczęśliwiać może niszczyć i sprawiać ból... 

Niedługo potem wszystko wywróciło się do góry nogami, cały mój świat. 
Nie miałam na to dużego wpływu. 
Próbowałam się opierać, walczyć z uczuciami, 
jakie we mnie narastały z dnia na dzień,
z tygodnia na tydzień. Miesiąc po miesiącu. 
Bezskutecznie. I w końcu przepadłam. 
Taniec był dla mnie wszystkim. 
Dopóki James nie wkroczył do mojego życia. 
(...) 
Byłam na niego zła, 
bo wykorzystał wobec mnie swój urok,
a nie miałam wystarczająco dużo siły, 
aby się na to uodpornić. 
Kiedyś to umiałam, 
jednak z każdym dniem spędzanym w jego towarzystwie ten mur, jaki utworzyłam wokół siebie, kruszył się i upadał . Codziennie po trochu. 

 

  Taniec i miłość. Czy jest wśród nas ktoś, kto nie ekscytowal się filmami muzycznymi : Step up, czy Just Dance?  Kto nie czekał na imponujące pokazy taneczne? Niech pierwsza rzuci kamieniem ta, która nie czekała na pierwszy pocałunek głównych bohaterów. Niejedna pewnie śniła o boskim ciele Channinga Tatuma ☺ Zatańczyć z nim chociaż jeden raz... 
 Layla Wheldon, a właściwie Sandra Sotomska, poszła o krok dalej i dodała do tego śpiew. I w ten sposób stworzyła idealne tło dla głównych aktorów swojego literackiego przedstawienia. 

 Czy jest to więc powieść tylko dla fanów tańca i śpiewu? Absolutnie nie. Przyznam szczerze, że po opisie spodziewałam się zupełnie czegoś innego - właśnie w typie wspomnianych wcześniej  filmów, gdzie taniec wypełniał w zasadzie ponad 90% fabuły. 
 U Sandry Sotomskiej taniec i śpiew ustąpiły miejsca... uczuciom. Całej skomplikowanej sieci uczuć. Od miłości, euforii, poprzez nienawiść i zawiść, aż do zwykłej sympatii. 
 Ma to oczywiście swoje plusy jak i minusy. 
 Z jednej strony jest to dobry sposób na lepsze "pokazanie" czytelnikowi skomplikowanych relacji bohaterów i praw jakim rządzi się bezlitosny show biznes, czy życie w blasku fleszy bez odrobiny prywatności. 
 Z drugiej zaś, czytelnik po zapoznaniu się z opisem nastawia się na eksplozję pasji i tańca. I w tej kwestii po ekscytującym początku może czuć się lekko rozczarowany. Może, ale musi. Na szczęście Wy, udając się w dniu premiery do księgarń,  już będziecie wiedzieć czego się po tej powieści spodziewać ☺


 Mnie do gustu bardzo przypadł styl Layli Wheldon.
Pomimo dość pokaźnego rozmiaru jak na debiut (co swoją drogą jest odważnym posunięciem) , powieść czytało mi się bardzo szybko. Lekkie pióro bez żadnych udziwnień to jest to, co lubię najbardziej. 
 Historia nie jest opowiedziana tylko z punktu widzenia ambitnej Livii, więc miałam okazję spojrzeć na wszystko również z innej perspektywy.  Autorka zadbała o to, abym ani przez chwilę nie nudziła się podróżując u boku bohaterów jej opowieści. Zwroty akcji w życiu tancerzy i piosenkarzy z każdą stroną podkręcaly atmosferę. Już nawet nie wspomnę o zakończeniu, które musiałam przeczytać dwa razy. W tak ogromnym byłam szoku! 
  Na szczęście to nie koniec tej historii.

 Co do bohaterów. Jednych polubiłam bardziej, innych mniej. Niektórzy stracili w moich oczach, by drudzy mogli zyskać. Część z nich zaakceptowałam od pierwszych stron, pozostali musieli sobie porządnie zapracować na moje zaufanie. Jak w życiu... 

 Nie jest oczywiście tak, że ta powieść jest bez skazy. Przed debiutująca autorką jeszcze wiele pracy. Tym bardziej, że już w swojej pierwszej książce ustawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Zastanawiam się nawet czy nie za wysoko. Bo w zasadzie poza drobnymi szczegółami nie mogę się do niczego przyczepić. 
 Ta powieść jest przemyślana w 100%. Tu nic nie jest kwestią przypadku, lecz doskonale ułożonego scenariusza.

Jak dla mnie debiutująca autorka, Sandra Sotomska, wykonała kawał dobrej roboty!


 Czy można kochać kogoś za bardzo? Czy miłość zamiast unosić w powietrzu może podcinać skrzydła? Czy można być ślepym widząc doskonale wszystko wokół? 
 Po prostu dance, sing and love, a sami  znajdziecie odpowiedź! 

/Ania. 

"Dance, sing, love. Miłosny układ"
Layla Wheldon (Sandra Sotomska) 
Wydawnictwo Editio Red 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję 
Wydawnictwu Editio Red 😘 😘 😘
Strona internetowa / Facebook.



niedziela, 6 sierpnia 2017

Czy warto czytać? - wpis gościnny

 Witam Was w to słoneczne,
niedzielne południe ⛅

 Dziś na blogu moim i Waszym gościem jest Kinga, autorka vloga Zaczytana Maniaczka, która podzieli się z nami swoim zdaniem na temat czy warto czytać? Zapraszam ☺


  Hej, witajcie

 Jako nałogowy czytelnik przeróżnych książek na pytanie „ Czy warto czytać?” zawsze odpowiadam „Tak, oczywiście!”. Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy twierdzą, ze „nie czytają bo i po co?” i jeszcze są z tego dumni. Serio?? Nawet mogę tu powiedzieć, ze nie bardzo chcę z takimi osobami utrzymywać jakąś znajomość. Nie twierdzę, że trzeba od razu czytać po 8 książek dziennie, ale bądźmy poważni 1 na tydzień to nie tak wiele, a jakie korzyści z tego są dla umysłu, słownictwa!
Zacznę od rozwijania wyobraźni. I nikt nigdy nie wmówi mi, że „Przecież można zobaczyć film, wyjdzie na to samo”, zawsze wtedy przed moimi oczami ‘staje’ ten obrazek :


  A także ten:


 Oba te obrazki pokazują jak wiele ‘traci się na treści’ oglądają tylko film ( i żeby nie było, że krytykuje oglądanie filmów, bo tak nie jest). Jestem może dziwną osobą, ale gdy mam do wyboru książka a film zawsze zaczynam od książki. Dzięki temu przy oglądaniu filmu mam swoje wyobrażenia bohaterów, miejsc a nie tylko to co mi chce przedstawić reżyser ( nie oszukujmy się film to wyobrażenie reżysera).
Dzięki temu, że czytam ( i rozwijam moją wyobraźnie) lepiej odbieram świat, zauważam więcej szczegółów, który wcześniej nie udało mi się dostrzec. A zdarza mi się też tak, ze niekiedy analizując jakaś sytuacje zastanawiam się co by zrobił  bohater mojej ulubionej książki/książek.
Kolejną korzyścią, którą ‘niesie’ za sobą czytanie książek jest rozbudowywanie swojego słownictwa. Zawsze podczas czytania spotka się słowo bądź słowa, których za bardzo znaczenia nie znamy, ale możemy je łatwo wywnioskować z kontekstu zdania, co np. powoduje, że takie słowo zapamiętam, a nie zdarzyło mi się coś takiego przy oglądaniu filmu czy serialu.


 Nie sposób nie wspomnieć tu też o rozwinięciu analitycznego myślenie. Jednak podczas czytania musisz ‘skupić swoją uwagę’ na danej sytuacji, danym miejscu co powoduję, że nasz umysł pobudza się do działania i więcej jesteś w stanie zapamiętać.
Nikt chyba nie zaprzeczy, że książki to wiedza, niekiedy wiedza to władza. Według mnie z każdej przeczytanej książki ‘wyciągamy’ jakieś informację, które mogą się nam kiedyś przydać. Wielu autorów książek opierają niektóre swoje historię na faktach, w miejscach rzeczywistych podając np. ich historię (jak powstały?, dlaczego? itp.) co można wykorzystać w rozmowach z innymi ludźmi i tzw. ‘zaszpanować’ swoją wiedzą (kto by nie chciał?)
No i dla mnie dość ważna korzyść z czytania książek: lepsza pamięć. Za czym stoi lepsza koncentracja, więcej można zapamiętać szczegółów. Osobiście zauważyłam, że odkąd czytam regularnie książki jestem w stanie zapamiętać więcej np. imiona nowo poznanych osób, z którymi kiedyś miałam problemy, albo jak dojść do nowo odnalezionego miejsca.

 Nikt mi nie wmówi, że czytanie jest staromodne i zanika. Dla mnie jest ono dość ważnym aspektem, życia i staram się ‘zarażać’ czytelnictwem każdego kogo mogę. Jest to bardzo zdrowe uzależnienie, bez negatywnych skutków ubocznych, bo jeden skutek widzę, ale dla mnie on jest jak najbardziej dobry, zauważanie i ignorowanie tzw. ‘debili’.
Pamiętajcie, dzięki książkom można przenieść się w dowolne miejsce nie wychodzą z domu ;)

 Pozdrawiam ;) Hej


 Zgadzacie się ze zdaniem Zaczytanej Maniaczki ? A może macie własną teorię na ten temat?

 Dziękuję Kindze za przygotowanie wpisu i za poświęcony czas, a Was zachęcam do dyskusji ☺

Dobrego dnia,
/Ania 😘

środa, 2 sierpnia 2017

"Przyszłość ma twoje imię" Elżbieta Rodzeń

 Wszystkie historie biorą się z życia... 



 Było zimno. Padał śnieg. Blanka weszła do sklepu. Dziś, po trzech latach od napadu, nawet nie pamięta, co wtedy chciała kupić. Jednak ten dzień na zawsze zmienił jej życie. 
 Mateusz nie miał łatwego życia. Po śmierci mamy jego życie zamieniło się w prawdziwe piekło. To było kilka lat temu. Dziś młody mężczyzna stara się stanąć na nogi. Pracuje, studiuje, pracuje. Ma plany, cele i marzenia. 
 Spotkanie tych dwojga młodych ludzi doprowadzi do prawdziwego trzęsienia ziemii w ich życiu. 
 Czy Blanka będzie w stanie zaufać Mateuszowi i zaakceptować jego przeszłość? 
 Czy Mateusz pozwoli wkraść się Blance do swojego serca i ogrzać je swoją miłością? 

Blanka : 
Kiedy patrzę na moją rodzinę, na znajomych, 
którzy już jakiś czas temu przestali być moimi znajomymi, mam wrażenie, 
jakbym była gdzieś za szybą. 
Ktoś dał mi karę, postawił w kącie, 
a ja nie mogę wrócić do zabawy. 
Nie mogę włączyć się do gry w życie. 
Stoję tylko obok i udaję, że 
robię to samo co oni. 
Moja terapeutka twierdzi, że 
długo tak nie wytrzymam, że 
powinnam się uwolnić. 
Tak jakby to zależało ode mnie. 
Jakbym w każdej chwili mogła zapomnieć. 


 Kiedy pierwszy raz przeczytałam opis tej powieści, byłam zachwycona. W ostatnim czasie coraz chętniej sięgam po powieści z gatunku new adult opowiadające o losach młodych ludzi dopiero wkraczających w dorosłe życie. Pierwsze miłości, poważne decyzje, trudne wybory, porażki. Wiedziałam, że najnowsza powieść Elżbiety Rodzeń na pewno przypadnie mi do gustu. 
 Jednak kiedy otrzymałam przesyłkę od Zysk i S-ka Wydawnictwo w pierwszej chwili się przeraziłam. 544 strony to potężny kawał literatury. Przestraszyłam się, że już w połowie będę porządnie wymęczona i jedyne o czym będę marzyć to zakończenie. Bo chociaż dobra książka składa się z podstawowych punktów takich jak : kuszący tajemniczością początek, potem spotkanie głównych bohaterów, wybuch miłości, obowiązkowo rozstanie i, w zależności od wyobraźni, mniej lub bardziej zaskakujące zakończenie, trzeba przecież w międzyczasie nadać bohaterom ludzkie cechy. Tchnąć w nich emocje i uczucia. Stworzyć im rodzinę, przyjaciół. Wykreować ich świat. Prace, uczelnie, park, każda ulicę. Odtworzyć przeszłość. Im dłuższa powieść, tym większą pomysłowością musi wykazać się autor. 
 W jaki więc sposób wypełnić kolejne strony życia postaci pomiędzy zwrotnymi momentami tak, aby czytelnik chciał jak najdłużej towarzyszyć bohaterom? Jeżeli tego nie wiecie lub planujecie napisać dłuższą (czyt. ponad 500 stronicową) powieść zapytajcie o to autorkę powieści Przyszłość ma twoje imię. Zrobiła to w tak dobrym stylu, że już po kilkunastu stronach przestałam kompletnie przejmować się gabarytem książki i marzyłam o jednym: aby koniec nigdy nie nastąpił. Chciałam dowiedzieć się jak najwięcej o Blance i Mateuszu. O ich przeszłości. Bardzo zainteresował mnie wątek młodszego brata Mateusza. Zaintrygował mnie nawet Igor, brat głównej bohaterki, mimo że na początku wydał mi się mało sympatycznym facetem. Pragnęłam jak najdłużej kroczyć u boku bohaterów. 

Mateusz :
To ona. Nigdy z nikim bym jej nie pomylił. 
Stoi niepewnie kilka metrów ode mnie.
Wygląda tak, jakby w każdej chwili 
była gotowa do ucieczki (...) 
Nieważne, że wtargnęła do mojego mieszkania. 
Tej dziewczynie pozwoliłbym absolutnie na wszystko. 
Dlatego nachodzi mnie myśl, że Monika miała rację.
To nie jest dziewczyna dla mnie
i powinienem trzymać się od niej z daleka. 


  To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Elżbiety Rodzeń. Nie wiedziałam więc, czego się spodziewać. Na szczęście autorka pozytywnie mnie zaskoczyła, chociaż sama historia Blanki i Mateusza (opowiedziana z ich własnych perspektyw) nie jest wcale kolorowa. Mimo młodego wieku bohaterowie powieści Przyszłość ma twoje imię przeszli naprawdę wiele. Blanka musiała zmierzyć się z traumatycznymi wydarzeniami sprzed trzech lat. Mateusz z kolei w wieku piętnastu lat wziął na swoje barki obowiązki, które mogłyby przerosnąć niejednego dorosłego. Nic dziwnego, że w pewnym momencie nie był w stanie sobie poradzić. Pogubić się jest bardzo łatwo.


 Ta powieść, wbrew pozorom i przypisanemu jej gatunkowi, nie jest tylko dla młodych ludzi rozpoczynających studenckie życie, czy podejmujących pierwszą pracę. Nie jest to historia tylko dla osób wchodzących w nowy, dorosły etap życia. 
 Bez względu na wiek, płeć, wyznanie, czy kolor skóry, każdy ma prawo do miłości i...  przyszłości.
 I tylko od nas samych zależy, jaka ona będzie. 

Pamiętaj o tym, co najważniejsze. 
Zacznij od nowa. 
Twoja przyszłość jest biała jak śnieg. 



/Ania. 

"Przyszłość ma twoje imię"
Elżbieta Rodzeń 
Zysk i S-ka Wydawnictwo 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję 
 😘 😘 😘






  

Podsumowanie miesiąca + lipcowy stosik

 Czyli top4 lipca + jakie książki dołączyły do mojej biblioteczki ☺



 W tym miesiącu postanowiłam zrobić podsumowanie miesiąca w trochę innej formie. 
 Ci, co śledzą blogowy fanpage wiedzą, że co miesiąc to właśnie tam publikowałam wszystkie wpisy z konkretnego miesiąca. Dodatkowo zdradzałam, które recenzje cieszyły się największym zainteresowaniem. 
 W tym miesiącu forma będzie troszkę inna (zobaczymy, czy się sprawdzi). 
 Przedstawię Wam top4 miesiąca (pewnie dziwi Was, dlaczego nie trzy? Otóż okazało się, że to nie recenzja cieszyła się największym zainteresowaniem na blogu, ale o tym za chwilę) oraz pokaże Wam książki, które dotarły do mnie w zeszłym miesiącu. 
 Gotowi? Więc zaczynamy ☺

  Top4 lipca

 Miejsce 4
"Powiem ci, kim jesteś"
Danuta Pytlak 
Zysk i S-ka Wydawnictwo
Recenzja Kliknij tutaj.

 Miejsce 3
"Jak feniks z popiołów"
Greta Gulsen 
Wydawnictwo Czarna Kawa 
Patronat medialny 
Książkowych Podróży Panny A ☺
Recenzja Kliknij tutaj.


 Miejsce 2
"Bilet do szczęścia"
Beata Majewska 
Wydawnictwo Książnica 
Recenzja Kliknij tutaj.


 Miejsce 1
Maska na oczy Hot Eyes Steam 
od ambasadorka-kosmetyczna.pl
Moja opinia Kliknij tutaj.



  Lipcowy stosik 

 Na początku pokażę Wam dwie książki, z których jestem szczególnie dumna ☺
Moje patronaty medialne ❤
 "Wizaż śmierci" Ewy Dudziec Recenzja tutaj
 i "Jak feniks z popiołów" Grety Gulsen.






   A teraz czas na pozostałe lipcowe egzemplarze 

"Nie widując gwiazd"
Agata Piechota
Egzemplarz recenzyjny od Zysk i  S-ka Wydawnictwo 
Recenzja w przyszłym tygodniu ☺

"Przyszłość ma twoje imię"
Elżbieta Rodzeń
Egzemplarz recenzyjny od Zysk i S-ka Wydawnictwo
Recenzja pojawi się jeszcze dziś ☺

"Dance, sing, love"
Layla Wheldon
Egzemplarz recenzyjny od Editio Red
Recenzja jeszcze w tym tygodniu ☺

"Wernisaż"
Oskar Salwa
Egzemplarz recenzyjny od
Wydawnictwa Lira
Recenzja Kliknij tutaj

"Przebudzenie Lukrecji"
Laura Adori
Egzemplarz recenzyjny od
Wydawnictwa Lira
Recenzja Kliknij tutaj

"Nie do wiary"
Zuzanna Jędrzejewska
Nagroda w konkursie #czytampolskie
od www.ravelo.pl

"Rosół z kury domowej"
Natasza Socha
Zakup własny

"Zamek Griffith'ów"
Ewa Kiniorska
Egzemplarz recenzyjny od autorki.
Recenzja Kliknij tutaj

 W lipcu otrzymałam również kilka ebookow do recenzji od Wydawnictwa Psychoskok, m.in.
"Bądź czujna" Pauli Bartkowicz (recenzja kliknij tutaj) oraz "Trylogię ciszy" Alicji Masłowskiej - Burnos (recenzja zbiorcza wszystkich trzech tomów na początku przyszłego tygodnia) ☺

 Uff, to by było na tyle ☺
Czytaliście prezentowane przeze mnie książki?
Macie w planach?
Koniecznie dajcie znać ☺

 Dobrego dnia, Ania 😘

sobota, 29 lipca 2017

"Wernisaż" Oskar Salwa

 Uważajcie na artystów, oni zawsze mogą coś zmalować.... 



 Pytanie tylko, czy częściej robią to na płótnie, czy w życiu ☺? 
 Tym razem będzie musiała się o tym przekonać Marta, pracownica warszawskiej galerii Arte Nuevo mieszczącej się przy Nowym Świecie, która staje przed piekielnie trudnym zadaniem zorganizowania wernisażu. Niby nic, a jednak. W czym tkwi problem? Ano w tym, że artysta Paco, którego prace mają być promowane w trakcie tego wydarzenia, to kompletne beztalencie, ale kiedy ma się odpowiednie znajomości taki szczegół przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. 
 Marta, jak na profesjonalistkę przystało, wkłada wiele wysiłku w organizację wystawy, chociaż osobiście uważa, że to nie Paco, lecz Filip (jej chłopak) zasługuje na swoje pięć minut. 
 Jeżeli chodzi o Filipa, on jest takim... kolorowym ptakiem. Maluje dla sztuki, nie dla pieniędzy. Jest przekonany o swym talencie i (przepraszam za wyrażenie) cholernie trudny w kontakcie. Na twórczości kolegów i koleżanek po fachu nie zostawia ani jednej suchej nitki. Ciągle coś/ktoś mu przeszkadza chociaż sam ma wiele za uszami. 
 Marta znosi jego humory ze stoickim spokojem, którego może pozazdrościć jej nie jedna kobieta ☺ Miłość ... 
 Tylko gdzie w tym wszystkim jest główna bohaterka? Kto liczy się z jej zdaniem? Czy ktoś zwraca uwagę na jej uczucia? 
 A może wernisaż okaże się takim punktem kulminacyjnym, w którym Marta zda sobie sprawę, że dłużej już nie może tak żyć? A może zwrot nastąpi w innym, najmniej spodziewanym momencie? 


 Autorem Wernisażu jest ukrywający się pod pseudonimem dziennikarz oraz redaktor trzymający rękę na pulsie kulturalnych zdarzeń. 
Doświadczenia bywalca salonów oraz wielbiciela warszawskiej Pragi postanowił połączyć w powieści o historyczce sztuki, szukającej miłości trwalszej niż zachwyty nad sezonowymi gwiazdami artystycznych skandali. 

 Muszę Wam zdradzić, że najbardziej obawiałam się w tej powieści braku emocji. Akcja powieści skupia się na Marcie. To ona jest centrum, wokół którego krążą inni bohaterowie, miejsca, sytuacje. 
 Czy autorowi tej powieści udało się oddać istotę uczuć bohaterki? Wszak jest tylko obserwatorem kobiecych poczynań. 
 Mam niestety co do tego wątpliwości. Poznając historie literackich bohaterów, często jest tak, że przeżywamy z nimi ich radości i dramaty. Uśmiechamy się, kiedy są szczęśliwi. Smucimy się, kiedy płaczą. A ja, w przypadku Marty, nie czułam... nic. Kompletnie nic. Oczywiście nawet przez chwilę nie życzyłam jej źle, bo to nawet sympatyczna postać, ale czuję w kościach, że raczej nie byłaby to przyjaźń na dłużej w realnym świecie.
 Może to przez to, że do tej pory, jeżeli sięgałam po książki napisane przez mężczyzn, były to thrillery, kryminały i fantastyka. Tam mężczyzna może poszaleć, nie musi być subtelny i delikatny. A dwa wyjątki zagranicznych pisarzy powieści obyczajowych, które znam, tylko potwierdzają tę regułę. 
 Niestety, w przypadku Wernisażu górę wzięło przeświadczenie, że mężczyzna sobie z tym nie poradzi. A wiadomo jak to jest, jak coś sobie wmówimy. 
 Ale nie można odmówić autorowi profesjonalizmu i obycia w artystycznym świecie. 
 W tej opowieści bardziej interesowała mnie właśnie sztuka. Ten klimat, który otacza zbuntowanych artystów i niedzielnych malarzy. Ludzi wywołujących skandale (nawet jeżeli jest to mało subtelne pokazanie, co myśli się o takim miejscu jak galeria Arte Nuevo). Atmosfera wielkich spotkań znawców dzieł sztuki. I ciemne interesy, które były, są i będą nie tylko w kręgu twórców i kolekcjonerów - biznesmenów. 
 Biorąc pod uwagę aspekt merytoryczny oceniam tę powieść naprawdę wysoko. Co prawda moja wiedza o malarstwie to tylko podstawy (tutaj zawsze niezawodny okazuje się wujek Google), ale podobało mi się to, co znalazłam we wnętrzu przepięknej, kolorowej okładki ☺


 Jak sami widzicie, moje odczucia po lekturze Wernisażu są mieszane. Brakowało mi emocji, które sprawiłyby, że nagle po mym policzku spłynęłaby samotna łza, albo wręcz przeciwnie nagle wybuchnełabym gromkim śmiechem.
 Za to w 100% jestem usatysfakcjonowana jeżeli chodzi o sztukę, jej twórców i odbiorców.

 Zatem, nie pozostawiam Wam wyboru.
Musicie sięgnąć po powieść Oskara Salwy, przeczytać ją i podzielić się ze mną swoimi wrażeniami. 
 /Ania. 

"Wernisaż"
Oskar Salwa 
Wydawnictwo Lira 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję 
Wydawnictwu Lira 😘 😘 😘
 

środa, 26 lipca 2017

"Zamek Griffith'ów" Ewa Kiniorska

 Wybrzeże Kornwalii, stary zamek, rodzinne tajemnice... 



 Wyobrażacie sobie stary, pełen tajemnic zamek, w którym mieszka dwustu członków jednej rodziny? Zwariować można! Bliska temu jest osierocona w dzieciństwie, wykorzystywana przez wszystkich, 19-letnia Anabella Griffith, główna bohaterka powieści Ewy Kiniorskiej.
 Jest koniec lata 1899 roku. W kornwalijskim zamku trwają wielkie przygotowania do ślubu jednej z kuzynek Anabelli, zarozumiałej Klary.
 W zasadzie wszystko przebiega bez większych zakłóceń, aż do momentu pojawienia się na weselu nieznajomego mężczyzny. Informuje on główną bohaterkę, że od tej chwili musi ona przejąć obowiązki, które od stuleci pełnią w jej rodzinie tylko i wyłącznie kobiety o jej imieniu.
 Nie tylko Anabella jest zaskoczona takim obrotem wydarzeń. Zazdrosna Klara jest rozgoryczona faktem, że jej osierocona, w zasadzie nikomu niepotrzebna kuzynka, będzie od tej pory najważniejszym członkiem rodziny.
 Nasuwa się tylko pytanie, czy Anabella jest na to gotowa? Młoda dziewczyna nie ma pojęcia, co czeka ją w przyszłości, dlatego po chwili zawahania panna Griffith na wszystko się zgadza.
 Czy słusznie postąpiła?

 Powieść Zamek Griffith'ów jest bardzo krótka. Liczy jedynie 165 stron. Nie jest jednak zamkniętą historią. To początek opowieści o Anabelli i jej rodzinie zamieszkującej stary i pełen tajemnic kornwalijski zamek. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, co kryje się w ciemnych, tajemnych korytarzach, ukrytych komnatach i w okolicach zamku oraz cóż takiego skrywają członkowie rodziny.


 Jestem mocno zaskoczona, bo powieść Ewy Kiniorskiej to fantastyka, a mimo to przygody Anabelli wciągnęły mnie do tego stopnia, że przeczytałam je w jeden wieczór i czuję ogromny niedosyt. Już chciałabym poznać jej dalsze losy, dowiedzieć się więcej o jej "dziwnej" rodzinie i przeżyć u jej boku kilka ekscytujących podróży.
 Mam też nadzieję na dostanie wielu odpowiedzi na nurtujące mnie po lekturze Zamku Griffith'ów pytania.

 Jestem też ciekawa, czy autorka wyciągnie wnioski ze swoich błędów popełnionych w pierwszej części przygód Anabelli? Bo tych, niestety, troszkę było.

 Jak dla mnie, powieść zawierała za mało szczegółów. Ja wiem, że nam, czytelnikom, pod tym względem bardzo trudno dogodzić. Jak długo to źle, jak krótko też niedobrze. Wiem od samej autorki, że celowo nie umieściła w swojej powieści zbyt wielu detali, ale według mnie czasami dosłownie dwa, trzy dodatkowe zdania mogą zdziałać prawdziwe cuda. Żeby nie było, że bezpodstawnie wszystko krytykuję, podam Wam kilka przykładów.
 Anabella, jako następczyni swoich imienniczek, zamieszkuje w pięknych, bogatozłoconych komnatach. Znajdowało się tam wiele pamiętników poprzednich Anabelli. Na jednej ze stron czytamy "Obudziła się zła i smutna. Za oknem było jeszcze ciemno. Nie mogąc ponownie zasnąć, postanowiła poczytać pamiętniki poprzednich Anabelli. Na chybił trafił wybrała jeden tom. Lektura przygnębiła ją. Dziewczyna zarzuciła na siebie szal i krążyła po pokoju". Byłam bardzo ciekawa, cóż też tam było takiego przygnębiającego, ale niestety, nie dane było mi się tego dowiedzieć.
  Kolejny przykład? Proszę bardzo.
 Anabella pełniąc swoją funkcję (oczywiście nie zdradzę Wam, jaką) jest stale narażona na niebezpieczeństwo. Dlatego też ma swojego opiekuna, Anthony'ego, z którym pewnego dnia wyrusza w podróż do Londynu. Tam jej obrońca przedstawia ją pewnej damie : "Ze starej i wypłowiałej kanapy podniosła się na ich widok starsza kobieta. Anthony je sobie przedstawił. Dziwne, cudzoziemsko brzmiące imię i nazwisko zaskoczyło Anabellę. Kobieta miała starannie ułożone włosy oraz...". Jak możecie się domyślić, mnie imię i nazwisko tej kobiety nie zaskoczyło, bo najzwyczajniej w świecie go nie poznałam.
 Tak jest też chociażby z posiłkami. Anabella jada w dużej, zamkowej kuchni, ale nie wiadomo co. Na weselu goście po całym dniu szalonych przygotowań wreszcie mogą zasiąść do stołów i najeść się do syta. Robią to, ale nie wiadomo czym. W komnatach Anabelli zostają podane jej ulubione dania, ale nie wiadomo jakie. A ja lubię sobie czasami poczytać, czym zajadali się bohaterowie, tym bardziej, że akcja powieści rozgrywa się pod koniec XIX wieku, więc autorka mogła trochę w tej kwestii poszaleć ☺

 Podczas czytania książki Ewy Kiniorskiej natknęłam się też na kilka powtórzeń, troszkę błędów, ale wszystko jest do nadrobienia w drugiej części.


 Biorąc pod uwagę sam pomysł na fabułę, rozbudowanie akcji i pojawiające się na różnych etapach postacie, oceniłabym tę powieść naprawdę wysoko. Niestety, przez niedociągnięcia, nie mogę tego zrobić, co nie zmienia jednak faktu, że cieszę się, że miałam możliwość przeczytania tej książki. Pokuszę się nawet na stwierdzenie, że właśnie taki typ fantasy najbardziej mi
odpowiada ☺

 W tym momencie nie pozostaje mi
nic innego, jak :
a) mieć nadzieję na szybkie pojawienie się na rynku wydawniczym kolejnych części przygód Anabelli.
b) polecić Waszej uwadze Zamek Griffith'ów. Może ta książka jest delikatnie niedopracowana, ale wierzę, że zarówno autorka, jak i osoby odpowiedzialne za korektę i ewentualne sugestie wyciągną wnioski z błędów popełnionych w tej części i druga (oraz kolejne) będą prawdziwym mistrzostwem, bo nie można pominąć faktu, że autorka ma ogromny potencjał i głowę pełną pomysłów. I jestem przekonana, że jeszcze nie raz nas zaskoczy ☺

/Ania. 

"Zamek Griffith'ów"
Ewa Kiniorska 
Wydawnictwo NOVAE RES 

Dziękuję autorce, Ewie Kiniorskiej,
za zaufanie i przekazanie w moje ręce 
egzemplarza do recenzji 😘 😘 😘 



niedziela, 23 lipca 2017

HOT EYES STEAM

 Jakiś czas temu wspominałam na swoim fp Książkowe Podróże Panny A, że zostałam ambasadorką kosmetyczną. Kilkanaście dni temu dotarł do mnie mój pierwszy produkt ambasadorski, maseczka na oczy Hot Eyes Steam. Jestem już po przetestowaniu. Jak możecie zauważyć żyję i widzę 😂 w przeciwnym wypadku nie byłoby mnie tu dzisiaj z Wami ☺



 Na początek garść fachowych informacji, które można znaleźć na portalu dla ambasadorek ambasadorka-kosmetyczna.pl

Zmęczone oczy? Mamy na to sposób! Wielogodzinna praca przed komputerem? A może kilka godzin na słońcu? Zdecydowanie zbyt mało uwagi poświęcamy na zapewnienie higieny oraz odpoczynku naszym oczom.

Poznaj rozgrzewającą maskę na oczy Hot Eyes Steam! To innowacyjna maseczka, która już po kilku minutach przynosi ulgę zmęczonym oczom oraz je odpręża!

Aktualnie żyjemy na wysokich obrotach. Praca na etacie, hobby, sport, zajęcia dodatkowe oraz życie rodzinne sprawiają, że często jesteśmy zmęczeni! Jednak warto zawsze dobrze wyglądać!

Jest wiele przyczyn, które przyczyniają się do zmęczenia oczu. Zaliczamy do nich zbyt krótki sen, niewłaściwe oświetlenie, długotrwałe przebywanie na słońcu, wielogodzinne patrzenie w monitor komputera, telewizora i smartfonu, suche powietrze czy złe oświetlenie.

Dlaczego konsumenci na całym świecie pokochali relaksującą maskę na oczy Hot Eyes Steam?
Ponieważ ten genialny gadżet kosmetyczny stworzony przez IVY GmbH doskonale odpręża i relaksuje oczy w kilkanaście minut!

Ponadto maseczka Hot Eyes Steam:
redukuje cienie okolic oczu,
zmniejsza opuchliznę wokół oczu,
ekspresowo relaksuje i regeneruje oczy i skórę wokół nich,
eliminuje zmęczony wygląd,
wygładza skórę w okolicach oczu,
poprawia cyrkulację krwi wokół oczu.

Sposób działania:
1. Po wyciągnięciu Hot Eyes Steam z opakowania maska reaguje na tlen.
2. Maska powoli się ociepla.
3. Po kilku minutach osiąga około 40 stopni.
4. Wystarczy nałożyć ją na 10 minut na oczy, by je zregenerować i odprężyć.

Można stosować ją wszędzie! Nie tylko w zaciszu domowym na kanapie czy w wannie, ale również w samolocie czy w pracy.

Odkryj ciepło Hot Eyes Steam i dbaj o swoje oczy oraz o ich komfort.
__________________

  
Moja opinia


 Przyznam szczerze, że jeżeli chodzi o nowinki kosmetyczne, zawsze jestem bardzo ostrożna. Często dobry marketing tuszuje niedoskonałości danego produktu, wychwalajac jedynie jego zalety, a o wadach zapominając. 
 Czytając powyższy opis produktu od IVY GmbH można dojść do wniosku, że maseczka na oczy Hot Eyes Steam nie ma wad. 
 A jak jest w rzeczywistości?



 Po pierwsze :
Bardzo spodobał mi się jej wygląd. 
Różowa, w fioletowe kropki sprawia wrażenie delikatnej i kobiecej. Od razu chce się ją założyć. 
 Po drugie :
Na opakowaniu jest wyraźna instrukcja, aby nie trzymać maseczki na oczach dłużej niż 15 minut. 
Dlatego też nastawiłam alarm w telefonie ☺
Po przetestowaniu wiem, że to bardzo dobra rada. Dlaczego? O tym za chwilkę ☺
 Po trzecie :
Relaks. Czułam się świetnie w czasie testowania produktu. 
Maska jest bardzo delikatna w dotyku, w dodatku ma bardzo przyjemny zapach. 
I jest naprawdę ciepła ☺
Początkowo trochę się przerazilam, nie jestem bowiem przyzwyczajona do takich zabiegów, ale po chwili to naprawdę zrobiło się... przyjemne. 
Dodatkowo włączyłam sobie spokojną, relaksacyjna muzykę i poczułam się błogo. 
Nie wiem, co stałoby się, gdyby ktoś, np. usunął z tą maseczką, ale zwróciłam uwagę na to, że maseczka jeszcze długo pozostaje gorąca, więc dochodzę do wniosku, że mogłoby to prowadzić do lekkich oparzeń. Wracając jednak już do mojego testowania, po ok. 5 minutach od założenia Hot Eyes Steam poczułam, że coś się dzieje...
 Po czwarte - efekty :
W tym punkcie od razu mogę napisać Wow! Jestem zaskoczona praktycznie natychmiastowym działaniem maseczki. Nie wiem, czy to tylko moja wyobraźnia, czy magiczne moce Hot Eyes Steam, ale skóra wokół oczu od razu zrobiła się bardziej błyszcząca i zdecydowanie bardziej napięta. 
Miałam nawet wrażenie, że sińce pod oczami jakby nagle wyblakły. 
Ale dopiero to, co zobaczyłam w lustrze na drugi dzień o poranku, wprawiło mnie w prawdziwy zachwyt. Ta maseczka faktycznie przynosi rewelacyjne efekty! 


 Cieszę się, że zostałam jedną z 200 ambasadorek tego rewelacyjnego produktu 💗
 Będę go polecać każdej kobiecie bez względu na wiek (podejrzewam, że mężczyźni mogą mieć pewne opory przed założeniem sobie na twarz takiej maseczki w bardzo kobiecych kolorach, ale jestem przekonana, że i Wy, drodzy mężczyźni, będziecie usatysfakcjonowani działaniem Hot Eyes Steam). 
 Takie domowe mini-spa już samo w sobie może przynieść zaskakujące efekty, a w połączeniu z tą rewelacyjną nowością może nawet zdziałać cuda, jak u mnie. 

 Prawdą jest, że jeżeli chodzi o dbanie o okolice oczu, zawsze zdawałam się na działanie kremu do twarzy. Nie da się jednak ukryć, że człowiek zbliża się do trzydziestki, a jest to już czas, w którym skóra potrzebuje trochę więcej uwagi. 
 To nie jest oczywiście tak, że my, kobiety około trzydziestki, boimy się upływu czasu. My po prostu czasami nie zdajemy sobie z niego sprawy. Mnie samej ciężko jest uwierzyć, że za dwa lata będę mieć już trójkę z przodu ☺

 Od dziś, przy każdej okazji, będę zachęcać Was do kupienia i przetestowania na sobie Hot Eyes Steam. Zdaję sobie sprawę, że każdy jest inny, a skóra też ma swoje indywidualne potrzeby, ale ta maska może przynieść natychmiastową ulgę zmęczonym oczom. Jestem pewna, że to będzie prawdziwy hit 👍 👍 👍


 Już na sam koniec, kilka słów o cenie. Na stronie Vica można zakupić opakowanie masek - 5szt. za 29.99 
lub pojedynczą maskę za 9.99.
 Rozumiem, że zawsze bezpieczniej najpierw kupić jedną i samemu ocenić efekty, ale wierzcie mi, że w tym konkretnym przypadku warto zainwestować te 30 zł. To się naprawdę opłaca 💗

 Ja jestem zachwycona i z dumą będę ambasadorką maseczki na oczy Hot Eyes Steam 💙 💚 💛 💜

  /Ania 👱

czwartek, 20 lipca 2017

"Jak feniks z popiołów" Greta Gulsen

 Co było, jest i będzie... 



 Młoda lekarka, Laura Chojnicka, odbywa staż w jednym z sopockich szpitali. Każdego dnia jest świadkiem ludzkich dramatów i tragedii, ale też chwil radości i nadziei. Wokół niej nawiązują się przyjaźnie i romanse. Jedni pacjenci przychodzą, inni odchodzą, za każdym razem zostawiając w miejscu pracy głównej bohaterki swoją historię.  Współpracownicy Laury bywają sympatyczni, agresywni, roześmiani, nieobliczalni.
 A sama Laura? Ona bywa poważną lekarką oddaną swojej pracy, by po chwili przeistaczać się w głupiutka blondynkę, która nie wie/ nie rozumie.
 Chojnicką się uwielbia, by po chwili kompletnie jej nie rozumieć. Do niej człowiek się uśmiecha, by po kilku minutach kręcić głową z niedowierzaniem, co ona najlepszego wyrabia. A ja uwielbiam właśnie takie postaci - pełne sprzeczności, bo one zawsze wywołują ogrom emocji, a o to przecież w tym wszystkim chodzi.
 W końcu każdy zasługuje na szansę, by odrodzić się niczym Feniks z popiołów. Dostać możliwość rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Nie ważne czy w tym, czy innym życiu.


 Jak feniks z popiołów to debiutancka powieść Grety Gulsen, absolwentki  Medycznego Studium Zawodowego na kierunku Terapeuta Zajęciowy, która przygodę z pisaniem rozpoczęła w wieku ośmiu lat z początku traktując je jedynie jako hobby. W roku 2012 zadebiutowała w blogosferze, zaś rok 2014 przyniósł pierwsze poważne decyzje dotyczące przyszłości literackiej. Wówczas właśnie zrodził się pomysł zmodyfikowania, rozbudowania, a następnie wydania fanowskiego opowiadania „Operacja Życie” pod zmienionym tytułem ”Jak feniks z popiołów”.
 Greta Gulsen to człowiek wielu pasji. Interesuje ją historia, pochłania świat medycyny, ezoteryki i starego kina, fascynuje muzyka Fryderyka Chopina. I te pasje znalazły odzwierciedlenie w jej literackim debiucie.

 Każdy z nas dobrze wie, że z debiutami bywa różnie. Są wśród nich prawdziwe perełki. Czasami są też i powieści nieprzemyślane, czasami zbyt szybko wydane.
 Czytając powieść Grety Gulsen miałam wrażenie, że została ona dopracowana w każdym, nawet najmniejszym szczególe. Widać ogromną wiedzę medyczną autorki. Skomplikowane terminy, trudne przypadki, opowiedziane historie. Bo przecież pacjenci nie składają się tylko z choroby.
 Ukłon dla Grety Gulsen za znajomość starego kina i całego okresu międzywojnia. Czytając tę powieść, czuć jej miłość do tych czasów.
 I muszę przyznać, że o ile na początku bałam się, że przez to powieść będzie chaotyczna, o tyle muszę napisać, że bardzo się pomyliłam. Autorka tak idealnie wkomponowała ducha tamtych czasów do współczesności, że aż zapragnęłam  przyjrzeć się tej kwestii bliżej. I w tym już tkwi połowa sukcesu - aby poprzez słowo zarazić swoją pasją innych. Myślę, że sympatycy takich gwiazd jak Bodo, Pogorzelska, czy Żabczyński będą usatysfakcjonowani.
 Ja, co prawda, może nie pokochałam Eugeniusza czy boskiego Valentino taką samą miłością jak Laura, ale z prawdziwą przyjemnością odbywam filmowe podróże po nieznanych mi dotąd obszarach.


 Jednak świat medyczny to "tylko" pierwsza warstwa tej historii. Druga jest bardziej skomplikowana. Autorka porusza bardzo delikatne kwestie i trudne tematy. Nie boi się prowadzić akcji tak, aby stawiać swoich bohaterów przed najtrudniejszymi, nie zawsze etycznymi wyborami.
 Wielokrotnie wystawia ich na próbę, testuje ich wytrzymałość i psychiczną i fizyczną, a wszystko to w imię zbudowania wartkiej akcji i zmuszenia czytelnika do przemyśleń. A daję Wam słowo, że jest nad czym się zastanawiać.

 Jestem pewna, że wiele osób uzna tę książkę za kontrowersyjną. Wiem też, że wielu czytelników nie zgodzi się ze zdaniem Laury, Kostka, czy profesora Wolińskiego ( sama nie zawsze się z nimi zgadzałam). Być może ktoś będzie miał ochotę rzucić tę książkę na stół, by już po kilku sekundach znów wziąć ją w ręce i szukać strony, na której skończył.
  Nie chcę zdradzać Wam zbyt wiele. Zapewniam Was jednak, że w tej powieści naprawdę duuuużo się dzieje. Mnożą się pytania, wątpliwości. A co z odpowiedziami? One nie zawsze są oczywiste...

 Czuję ogromną radość, że mogłam objąć patronatem medialnym tak dobrą powieść.
 Będę polecać ją każdemu dziś, jutro i w przyszłości. Po jej przeczytaniu nie da się, ot tak, przejść do porządku dziennego. Ona mocno namiesza Wam w głowach. Gwarantuję to Wam!

"Życie nauczyło mnie, że przeznaczenie istnieje. 
Są oczywiście w życiu sytuacje, 
na które wpływu nie mamy. - Westchnął. 
- Trzeba nauczyć przyjmować się życie takim, jakim jest. 
I bez względu na wszystko wierzyć, że 
to, co się wokół nas dzieje, jest dla nas dobre, 
choć może jeszcze tego nie rozumiemy ". 

 Ta powieść pojawiła się na polskim rynku wydawniczym nie bez przyczyny!

/Ania 

"Jak feniks z popiołów"
Greta Gulsen 
Wydawnictwo Czarna Kawa 


 Serdecznie dziękuję autorce oraz wydawnictwu 
za możliwość objęcia patronatem medialnym 
tej powieści 😘 😘 😘

 Oby więcej takich mocnych historii ukazywało się na naszym rynku wydawniczym. 

wtorek, 18 lipca 2017

"Przebudzenie Lukrecji" Laura Adori

 Zawsze na początku musi być jakiś koniec. 


 Nie bez powodu zdecydowałam się rozpocząć  tę recenzję tytułem jednego z rozdziałów. W takim właśnie momencie zaczyna się ta opowieść. 


 Lukrecja, (prawie) czterdziestoletnia singielka mieszkająca w słonecznej i pięknej Italii, porzuca pewnego dnia wszystko i wraca na ziemię swoich przodkiń, do Polski. 
 W Warszawie ma nadzieję odnaleźć miłość i nową wersję siebie. Ale czy taka romantyczka jak Lukrecja będzie w stanie odnaleźć się po latach nieobecności w tym mieście? Jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć i B, bez względu na konsekwencje. 
 I tak zaczyna się szalona, ale i zmysłowa podróż ulicami stolicy, u boku bohaterki, która już wkrótce zda sobie sprawę, że apetyt na jedzenie i apetyt na seks to dwa powody, dzięki którym nieźle się bawimy, a koło życia na ziemi ciągle się toczy. 
 Brzmi zachęcająco? Później jest jeszcze lepiej 😆

 Nie będę ukrywać, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam informację o tej  powieści na stronie Wydawnictwa Lira, to nie opis lecz okładka przykuła moją uwagę. Ciepła i taka... klimatyczna. 
 Opis z kolei zapowiadał kawał dobrej rozrywki w stylu Bridget Jones. Miałam więc nadzieję na zabawną, lekką i przyjemną lekturę. Dostałam jednak dużo, duuuużo więcej. Bez urazy dla fanów wspomnianej Bridget Jones, ale bohaterka Helen Fielding może się schować przy Lukrecji! Bowiem ta powieść to prawdziwa uczta dla zmysłów!  Pełna smaków, zapachów i aromatów o jakich nam się nawet nie śniło! I od których nie raz zakręci się w głowach!

źródło zdjęcia : 

 Co do miejsca, w którym została osadzona znaczna część powieści - Warszawa do tej pory kojarzyła mi się głównie z hałasem i pędem. Za każdym razem, kiedy odwiedzałam stolicę marzyłam tylko o tym, aby jak najszybciej wrócić do siebie. Do ciszy i spokoju. 
 Dzięki powieści Laury Adori nagle spojrzałam na Warszawę inaczej. Zobaczyłam ją z perspektywy Lukrecji. I muszę przyznać, że taki punkt widzenia podoba mi się dużo bardziej.  I myślę, że Wam również przypadnie do gustu. I zapragniecie tak jak Lukrecja spacerować ulicami Warszawy, pić poranną kawę z cynamonem i codziennie wpatrywać się w oczy pewnego przystojniaka.
 A potem oddawać się największej rozkoszy, jaką jest... To już Wam zdradzi Lukrecja 😁
 Największym atutem tej powieści jest świeże spojrzenie autorki na potencjał jaki drzemie w naszym kraju w gotowaniu, w mężczyznach i... w kobietach! A może przede wszystkim w kobietach?

"Kobiety wiedzą, czego chcą, 
a robią to, do czego je przyzwyczajono"

"Bądź taka, jaka jesteś, 
ale zrób sobie też miejsce na taką, 
jaką nigdy nie byłaś" *


 Laura Adori urodziła się w Warszawie, jednak dużo podróżowała po Europie, mieszkała m.in.we Włoszech. Tak jak jej bohaterka, po latach powróciła do kraju swojego dzieciństwa, zajęła się smakowaniem życia i opisywaniem swoich przygód. I to widać w tej powieści. Styl autorki jest wyjątkowy. Śmiało mogę napisać, że jest takim powiewem świeżości na naszym rodzimym rynku
wydawniczym. Oby więcej ukazywało się w naszym kraju takich właśnie debiutów! 
 Z pewnością jest to zasługa zagranicznych podróży i doświadczeń autorki, dzięki którym jej bohaterka, Lukrecja, na nowo mogła poznać to, co pamiętała z dawnych lat i spojrzeć na to wszystko zupełnie inaczej; oczywiście po obowiązkowym uno, due, tre... 
 Czy to wszystko pomoże jej odnaleźć nową siebie? Jedno jest pewne - Lukrecja przebudziła się i zaczyna nowe życie. Teraz czas na Ciebie! 

/Ania . 

"Przebudzenie Lukrecji"
Laura Adori 
Wydawnictwo Lira

Za możliwości przeczytania i zrecenzowania tej wyjątkowo aromatycznej powieści dziękuję Wydawnictwu Lira 😘 😘 😘


*cytat pochodzi z bloga autorki 

P.S. 
Już wkrótce ukaże się kontynuacja przygód naszej sympatycznej bohaterki w powieści "Owoce Lukrecji". Tego nie można przegapić!  


czwartek, 13 lipca 2017

"Bądź czujna" Paula Bartkowicz

 - lipcowa propozycja Wydawnictwa Psychoskok 


 3 lipca swoją premierę miała powieść Bądź czujna Pauli Bartkowicz. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Psychoskok, miałam możliwość przeczytania tej opowieści. Jak zakończyło się moje kolejne spotkanie z fantastyką? 


 Zacznijmy od opisu. Zawsze staram się przedstawiać Wam początek fabuły własnymi słowami. W tym przypadku będzie inaczej, bo moim zdaniem opis przygotowany przez wydawnictwo brzmi po prostu perfekcyjnie i idealnie oddaje klimat tej powieści. A zatem... 

,,Bądź czujna” Pauli Bartkowicz opowiada niezwykłą historię  młodej, pięknej nastolatki o imieniu Ann, która obdarzona została zdolnościami magicznymi.. Mieszka w królestwie Trytii – niezwykłej krainie, nad którą pieczę sprawuje Wielki Mistrz. Kraina ta zdominowana jest przez silnych mężczyzn. Największą zgrozę wśród podopiecznych niewątpliwie budzi Stars, nauczyciel wychowania fizycznego, który znany jest ze swojej bezwzględności. Wydawać by się mogło, że w takim otoczeniu Ann jest skazana na wieczne posłuszeństwo. Nic bardziej mylnego. Ta dziewczyna, mimo swojej drobnej postury, cechuje się siłą, walecznością i odwagą. Nie da się ukryć, że lektura jest obfita w wiele szokujących momentów. W książce nie brakuje mocnego słownictwa, co jednak ma znaczący wpływ na ogólny odbiór dzieła i dodaje pikanterii przedstawianym faktom. Czy bohaterka poradzi sobie w świecie z przewagą męskiego pierwiastka? Czy jest dostatecznie silna, aby przeciwstawić się fizycznie silniejszym od niej? Książka nie daje jasnych odpowiedzi, co jest niewątpliwie jej zaletą. Pasjonująca historia kończy się w najbardziej zaskakującym momencie i wymaga od każdego własnej interpretacji.


 I od razu chcę skupić się na głównej bohaterce. Ann, to postać, do której już od pierwszych stron poczułam ogromną sympatię. Jest silna, nie poddaje się, z podniesioną głową staje do walki z trudnościami, chociaż czasami jest z góry skazana na porażkę. Niezwykłą wartością jest dla niej przyjaźń i właśnie dla niej potrafi poświęcić nawet własne zwycięstwo, a nie każdego stać na tak wielkie poświęcenie. Śmiało mogę stwierdzić, że może być ona przykładem dla niejednej kobiety. 
 Jeżeli chodzi o innych bohaterów - są po prostu różni. Wspomniany w opisie Stars, to despota w każdym calu. Nie uznaje kompromisów, brzydzi się słabością, bez skrupułów zmiesza każdego z błotem. Diane, to z kolei najlepsza przyjaciółka naszej głównej bohaterki, jej powierniczka i towarzyszka niedoli. 
 Resztę bohaterów będziecie musieli już poznać i ocenić sami. 

 Co do fabuły, moim zdaniem pomysł był bardzo dobry. A jak z wykonaniem? Przyznam, że kiedy zaczynałam czytać Bądź czujna miałam wrażenie, jakby akcja rozgrywała się wiele wieków temu, dopiero po chwili zorientowałam się, że jest zupełnie inaczej. 
 Okładka może nie do końca oddaje charakter tej książki, ale nie zmienia to faktu, że przynajmniej dla mnie, jest ona przyjemna dla oka. 
 Całość jest napisana bardzo przyjemnym, lekkim stylem. Tam, gdzie było to konieczne, Paula Bartkowicz nie bała się użyć ostrzejszych słów, co uwypukliło mocny charakter powieści. 
 Opisy są bardzo dobrze skonstruowane, bez problemu można więc wyobrazić sobie konkretne sytuacje. Warto też przy okazji dodać, że mimo szczegółowości opisów, nie ciągną się one w nieskończoność. To samo dotyczy bohaterów. Bez problemu możemy wyrobić sobie zdanie na temat każdego z nich. 
 Trafiłam w trakcie lektury na kilka literówek, ale absolutnie ich niewielka ilość nie wpływa na jakość i przyjemność czytania. 
 Co do zaskakującego zakończenia... Cóż, musicie je po prostu poznać sami. Ja z pewnością nie odbiorę Wam tej przyjemności :) 

 Kolejny raz sięgnęłam po fantastykę, i muszę przyznać, że w tym przypadku naprawdę była to przyjemna podróż do książkowej Trytii.
 Kilka godzin spędzonych w tym wyjątkowym, chociaż nie zawsze przyjaznym miejscu sprawiło, że mam ochotę na więcej. Dużo więcej. 
A to już z pewnością dobry znak :) 

/Ania. 

"Bądź czujna"
Paula Bartkowicz 
Wydawnictwo Psychoskok 

 Za propozycje i możliwość przeczytania i zrecenzowania tej powieści dziękuję Wydawnictwu Psychoskok :) 

Galaretka krystaliczna dr.Oetkera

 - hit czy kit? 



 Nie wszyscy z Was wiedzą, że oprócz czytania uwielbiam też spędzać długie godziny w kuchni. Efekty może nie są tak spektakularne jak u master chefów, ale cała rodzina od wielu lat ma się dobrze, więc chyba nie jest najgorzej :) 

 Uwielbiam sięgać też po nowości, więc kiedy zobaczyłam w tv reklamę super- ekstra galaretki, postanowiłam, że przy najbliższej okazji ją kupię i przekonam się na własnej skórze, a raczej żołądku, czy faktycznie jest taka dobra. 
 Zaopatrzylam się więc we wspomnianą wcześniej galaretkę krystaliczną, galaretkę brzoskwiniową, serek homogenizowany, dwa świeże owocki i wyczarowałam to :


 Jakie są moje spostrzeżenia? Powiem Wam, że jestem pozytywnie zaskoczona. Moim zdaniem, owoce naprawdę prezentują się o wiele atrakcyjniej niż w jakiejkolwiek galaretce barwionej. A jeżeli chodzi o smak - jak dla mnie jest trochę słodsza od tradycyjnej galaretki cytrynowej. Z kolei dla mojego synka jest to na plus, bo o ile za galaretką o smaku cytrynowym nie przepada, o tyle tę zjadł ze smakiem i zamówił powtórkę na jutro :)  A to świadczy tylko o tym, że mu bardzo smakowało, bo generalnie moje dziecko za ciastami i deserami nie przepada. 

 Może nie jest to jakiś mega hit, ale z pewnością galaretka krystaliczna dr.Oetkera jeszcze nie raz zagości w mojej kuchni :) 

/Ania. 

"Nie widując gwiazd" Agata Piechota

 Gdy coraz trudniej oddychać...     Czy też czasami macie tak, że już po przeczytaniu pierwszego zdania (a w tym wypadku dedykacji) ...