sobota, 29 lipca 2017

"Wernisaż" Oskar Salwa

 Uważajcie na artystów, oni zawsze mogą coś zmalować.... 



 Pytanie tylko, czy częściej robią to na płótnie, czy w życiu ☺? 
 Tym razem będzie musiała się o tym przekonać Marta, pracownica warszawskiej galerii Arte Nuevo mieszczącej się przy Nowym Świecie, która staje przed piekielnie trudnym zadaniem zorganizowania wernisażu. Niby nic, a jednak. W czym tkwi problem? Ano w tym, że artysta Paco, którego prace mają być promowane w trakcie tego wydarzenia, to kompletne beztalencie, ale kiedy ma się odpowiednie znajomości taki szczegół przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. 
 Marta, jak na profesjonalistkę przystało, wkłada wiele wysiłku w organizację wystawy, chociaż osobiście uważa, że to nie Paco, lecz Filip (jej chłopak) zasługuje na swoje pięć minut. 
 Jeżeli chodzi o Filipa, on jest takim... kolorowym ptakiem. Maluje dla sztuki, nie dla pieniędzy. Jest przekonany o swym talencie i (przepraszam za wyrażenie) cholernie trudny w kontakcie. Na twórczości kolegów i koleżanek po fachu nie zostawia ani jednej suchej nitki. Ciągle coś/ktoś mu przeszkadza chociaż sam ma wiele za uszami. 
 Marta znosi jego humory ze stoickim spokojem, którego może pozazdrościć jej nie jedna kobieta ☺ Miłość ... 
 Tylko gdzie w tym wszystkim jest główna bohaterka? Kto liczy się z jej zdaniem? Czy ktoś zwraca uwagę na jej uczucia? 
 A może wernisaż okaże się takim punktem kulminacyjnym, w którym Marta zda sobie sprawę, że dłużej już nie może tak żyć? A może zwrot nastąpi w innym, najmniej spodziewanym momencie? 


 Autorem Wernisażu jest ukrywający się pod pseudonimem dziennikarz oraz redaktor trzymający rękę na pulsie kulturalnych zdarzeń. 
Doświadczenia bywalca salonów oraz wielbiciela warszawskiej Pragi postanowił połączyć w powieści o historyczce sztuki, szukającej miłości trwalszej niż zachwyty nad sezonowymi gwiazdami artystycznych skandali. 

 Muszę Wam zdradzić, że najbardziej obawiałam się w tej powieści braku emocji. Akcja powieści skupia się na Marcie. To ona jest centrum, wokół którego krążą inni bohaterowie, miejsca, sytuacje. 
 Czy autorowi tej powieści udało się oddać istotę uczuć bohaterki? Wszak jest tylko obserwatorem kobiecych poczynań. 
 Mam niestety co do tego wątpliwości. Poznając historie literackich bohaterów, często jest tak, że przeżywamy z nimi ich radości i dramaty. Uśmiechamy się, kiedy są szczęśliwi. Smucimy się, kiedy płaczą. A ja, w przypadku Marty, nie czułam... nic. Kompletnie nic. Oczywiście nawet przez chwilę nie życzyłam jej źle, bo to nawet sympatyczna postać, ale czuję w kościach, że raczej nie byłaby to przyjaźń na dłużej w realnym świecie.
 Może to przez to, że do tej pory, jeżeli sięgałam po książki napisane przez mężczyzn, były to thrillery, kryminały i fantastyka. Tam mężczyzna może poszaleć, nie musi być subtelny i delikatny. A dwa wyjątki zagranicznych pisarzy powieści obyczajowych, które znam, tylko potwierdzają tę regułę. 
 Niestety, w przypadku Wernisażu górę wzięło przeświadczenie, że mężczyzna sobie z tym nie poradzi. A wiadomo jak to jest, jak coś sobie wmówimy. 
 Ale nie można odmówić autorowi profesjonalizmu i obycia w artystycznym świecie. 
 W tej opowieści bardziej interesowała mnie właśnie sztuka. Ten klimat, który otacza zbuntowanych artystów i niedzielnych malarzy. Ludzi wywołujących skandale (nawet jeżeli jest to mało subtelne pokazanie, co myśli się o takim miejscu jak galeria Arte Nuevo). Atmosfera wielkich spotkań znawców dzieł sztuki. I ciemne interesy, które były, są i będą nie tylko w kręgu twórców i kolekcjonerów - biznesmenów. 
 Biorąc pod uwagę aspekt merytoryczny oceniam tę powieść naprawdę wysoko. Co prawda moja wiedza o malarstwie to tylko podstawy (tutaj zawsze niezawodny okazuje się wujek Google), ale podobało mi się to, co znalazłam we wnętrzu przepięknej, kolorowej okładki ☺


 Jak sami widzicie, moje odczucia po lekturze Wernisażu są mieszane. Brakowało mi emocji, które sprawiłyby, że nagle po mym policzku spłynęłaby samotna łza, albo wręcz przeciwnie nagle wybuchnełabym gromkim śmiechem.
 Za to w 100% jestem usatysfakcjonowana jeżeli chodzi o sztukę, jej twórców i odbiorców.

 Zatem, nie pozostawiam Wam wyboru.
Musicie sięgnąć po powieść Oskara Salwy, przeczytać ją i podzielić się ze mną swoimi wrażeniami. 
 /Ania. 

"Wernisaż"
Oskar Salwa 
Wydawnictwo Lira 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję 
Wydawnictwu Lira 😘 😘 😘
 

środa, 26 lipca 2017

"Zamek Griffith'ów" Ewa Kiniorska

 Wybrzeże Kornwalii, stary zamek, rodzinne tajemnice... 



 Wyobrażacie sobie stary, pełen tajemnic zamek, w którym mieszka dwustu członków jednej rodziny? Zwariować można! Bliska temu jest osierocona w dzieciństwie, wykorzystywana przez wszystkich, 19-letnia Anabella Griffith, główna bohaterka powieści Ewy Kiniorskiej.
 Jest koniec lata 1899 roku. W kornwalijskim zamku trwają wielkie przygotowania do ślubu jednej z kuzynek Anabelli, zarozumiałej Klary.
 W zasadzie wszystko przebiega bez większych zakłóceń, aż do momentu pojawienia się na weselu nieznajomego mężczyzny. Informuje on główną bohaterkę, że od tej chwili musi ona przejąć obowiązki, które od stuleci pełnią w jej rodzinie tylko i wyłącznie kobiety o jej imieniu.
 Nie tylko Anabella jest zaskoczona takim obrotem wydarzeń. Zazdrosna Klara jest rozgoryczona faktem, że jej osierocona, w zasadzie nikomu niepotrzebna kuzynka, będzie od tej pory najważniejszym członkiem rodziny.
 Nasuwa się tylko pytanie, czy Anabella jest na to gotowa? Młoda dziewczyna nie ma pojęcia, co czeka ją w przyszłości, dlatego po chwili zawahania panna Griffith na wszystko się zgadza.
 Czy słusznie postąpiła?

 Powieść Zamek Griffith'ów jest bardzo krótka. Liczy jedynie 165 stron. Nie jest jednak zamkniętą historią. To początek opowieści o Anabelli i jej rodzinie zamieszkującej stary i pełen tajemnic kornwalijski zamek. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, co kryje się w ciemnych, tajemnych korytarzach, ukrytych komnatach i w okolicach zamku oraz cóż takiego skrywają członkowie rodziny.


 Jestem mocno zaskoczona, bo powieść Ewy Kiniorskiej to fantastyka, a mimo to przygody Anabelli wciągnęły mnie do tego stopnia, że przeczytałam je w jeden wieczór i czuję ogromny niedosyt. Już chciałabym poznać jej dalsze losy, dowiedzieć się więcej o jej "dziwnej" rodzinie i przeżyć u jej boku kilka ekscytujących podróży.
 Mam też nadzieję na dostanie wielu odpowiedzi na nurtujące mnie po lekturze Zamku Griffith'ów pytania.

 Jestem też ciekawa, czy autorka wyciągnie wnioski ze swoich błędów popełnionych w pierwszej części przygód Anabelli? Bo tych, niestety, troszkę było.

 Jak dla mnie, powieść zawierała za mało szczegółów. Ja wiem, że nam, czytelnikom, pod tym względem bardzo trudno dogodzić. Jak długo to źle, jak krótko też niedobrze. Wiem od samej autorki, że celowo nie umieściła w swojej powieści zbyt wielu detali, ale według mnie czasami dosłownie dwa, trzy dodatkowe zdania mogą zdziałać prawdziwe cuda. Żeby nie było, że bezpodstawnie wszystko krytykuję, podam Wam kilka przykładów.
 Anabella, jako następczyni swoich imienniczek, zamieszkuje w pięknych, bogatozłoconych komnatach. Znajdowało się tam wiele pamiętników poprzednich Anabelli. Na jednej ze stron czytamy "Obudziła się zła i smutna. Za oknem było jeszcze ciemno. Nie mogąc ponownie zasnąć, postanowiła poczytać pamiętniki poprzednich Anabelli. Na chybił trafił wybrała jeden tom. Lektura przygnębiła ją. Dziewczyna zarzuciła na siebie szal i krążyła po pokoju". Byłam bardzo ciekawa, cóż też tam było takiego przygnębiającego, ale niestety, nie dane było mi się tego dowiedzieć.
  Kolejny przykład? Proszę bardzo.
 Anabella pełniąc swoją funkcję (oczywiście nie zdradzę Wam, jaką) jest stale narażona na niebezpieczeństwo. Dlatego też ma swojego opiekuna, Anthony'ego, z którym pewnego dnia wyrusza w podróż do Londynu. Tam jej obrońca przedstawia ją pewnej damie : "Ze starej i wypłowiałej kanapy podniosła się na ich widok starsza kobieta. Anthony je sobie przedstawił. Dziwne, cudzoziemsko brzmiące imię i nazwisko zaskoczyło Anabellę. Kobieta miała starannie ułożone włosy oraz...". Jak możecie się domyślić, mnie imię i nazwisko tej kobiety nie zaskoczyło, bo najzwyczajniej w świecie go nie poznałam.
 Tak jest też chociażby z posiłkami. Anabella jada w dużej, zamkowej kuchni, ale nie wiadomo co. Na weselu goście po całym dniu szalonych przygotowań wreszcie mogą zasiąść do stołów i najeść się do syta. Robią to, ale nie wiadomo czym. W komnatach Anabelli zostają podane jej ulubione dania, ale nie wiadomo jakie. A ja lubię sobie czasami poczytać, czym zajadali się bohaterowie, tym bardziej, że akcja powieści rozgrywa się pod koniec XIX wieku, więc autorka mogła trochę w tej kwestii poszaleć ☺

 Podczas czytania książki Ewy Kiniorskiej natknęłam się też na kilka powtórzeń, troszkę błędów, ale wszystko jest do nadrobienia w drugiej części.


 Biorąc pod uwagę sam pomysł na fabułę, rozbudowanie akcji i pojawiające się na różnych etapach postacie, oceniłabym tę powieść naprawdę wysoko. Niestety, przez niedociągnięcia, nie mogę tego zrobić, co nie zmienia jednak faktu, że cieszę się, że miałam możliwość przeczytania tej książki. Pokuszę się nawet na stwierdzenie, że właśnie taki typ fantasy najbardziej mi
odpowiada ☺

 W tym momencie nie pozostaje mi
nic innego, jak :
a) mieć nadzieję na szybkie pojawienie się na rynku wydawniczym kolejnych części przygód Anabelli.
b) polecić Waszej uwadze Zamek Griffith'ów. Może ta książka jest delikatnie niedopracowana, ale wierzę, że zarówno autorka, jak i osoby odpowiedzialne za korektę i ewentualne sugestie wyciągną wnioski z błędów popełnionych w tej części i druga (oraz kolejne) będą prawdziwym mistrzostwem, bo nie można pominąć faktu, że autorka ma ogromny potencjał i głowę pełną pomysłów. I jestem przekonana, że jeszcze nie raz nas zaskoczy ☺

/Ania. 

"Zamek Griffith'ów"
Ewa Kiniorska 
Wydawnictwo NOVAE RES 

Dziękuję autorce, Ewie Kiniorskiej,
za zaufanie i przekazanie w moje ręce 
egzemplarza do recenzji 😘 😘 😘 



niedziela, 23 lipca 2017

HOT EYES STEAM

 Jakiś czas temu wspominałam na swoim fp Książkowe Podróże Panny A, że zostałam ambasadorką kosmetyczną. Kilkanaście dni temu dotarł do mnie mój pierwszy produkt ambasadorski, maseczka na oczy Hot Eyes Steam. Jestem już po przetestowaniu. Jak możecie zauważyć żyję i widzę 😂 w przeciwnym wypadku nie byłoby mnie tu dzisiaj z Wami ☺



 Na początek garść fachowych informacji, które można znaleźć na portalu dla ambasadorek ambasadorka-kosmetyczna.pl. 

Zmęczone oczy? Mamy na to sposób! Wielogodzinna praca przed komputerem? A może kilka godzin na słońcu? Zdecydowanie zbyt mało uwagi poświęcamy na zapewnienie higieny oraz odpoczynku naszym oczom.

Poznaj rozgrzewającą maskę na oczy Hot Eyes Steam! To innowacyjna maseczka, która już po kilku minutach przynosi ulgę zmęczonym oczom oraz je odpręża!

Aktualnie żyjemy na wysokich obrotach. Praca na etacie, hobby, sport, zajęcia dodatkowe oraz życie rodzinne sprawiają, że często jesteśmy zmęczeni! Jednak warto zawsze dobrze wyglądać!

Jest wiele przyczyn, które przyczyniają się do zmęczenia oczu. Zaliczamy do nich zbyt krótki sen, niewłaściwe oświetlenie, długotrwałe przebywanie na słońcu, wielogodzinne patrzenie w monitor komputera, telewizora i smartfonu, suche powietrze czy złe oświetlenie.

Dlaczego konsumenci na całym świecie pokochali relaksującą maskę na oczy Hot Eyes Steam?
Ponieważ ten genialny gadżet kosmetyczny stworzony przez IVY GmbH doskonale odpręża i relaksuje oczy w kilkanaście minut!

Ponadto maseczka Hot Eyes Steam:
redukuje cienie okolic oczu,
zmniejsza opuchliznę wokół oczu,
ekspresowo relaksuje i regeneruje oczy i skórę wokół nich,
eliminuje zmęczony wygląd,
wygładza skórę w okolicach oczu,
poprawia cyrkulację krwi wokół oczu.

Sposób działania:
1. Po wyciągnięciu Hot Eyes Steam z opakowania maska reaguje na tlen.
2. Maska powoli się ociepla.
3. Po kilku minutach osiąga około 40 stopni.
4. Wystarczy nałożyć ją na 10 minut na oczy, by je zregenerować i odprężyć.

Można stosować ją wszędzie! Nie tylko w zaciszu domowym na kanapie czy w wannie, ale również w samolocie czy w pracy.

Odkryj ciepło Hot Eyes Steam i dbaj o swoje oczy oraz o ich komfort.
__________________

  
Moja opinia


 Przyznam szczerze, że jeżeli chodzi o nowinki kosmetyczne, zawsze jestem bardzo ostrożna. Często dobry marketing tuszuje niedoskonałości danego produktu, wychwalajac jedynie jego zalety, a o wadach zapominając. 
 Czytając powyższy opis produktu od IVY GmbH można dojść do wniosku, że maseczka na oczy Hot Eyes Steam nie ma wad. 
 A jak jest w rzeczywistości?



 Po pierwsze :
Bardzo spodobał mi się jej wygląd. 
Różowa, w fioletowe kropki sprawia wrażenie delikatnej i kobiecej. Od razu chce się ją założyć. 
 Po drugie :
Na opakowaniu jest wyraźna instrukcja, aby nie trzymać maseczki na oczach dłużej niż 15 minut. 
Dlatego też nastawiłam alarm w telefonie ☺
Po przetestowaniu wiem, że to bardzo dobra rada. Dlaczego? O tym za chwilkę ☺
 Po trzecie :
Relaks. Czułam się świetnie w czasie testowania produktu. 
Maska jest bardzo delikatna w dotyku, w dodatku ma bardzo przyjemny zapach. 
I jest naprawdę ciepła ☺
Początkowo trochę się przerazilam, nie jestem bowiem przyzwyczajona do takich zabiegów, ale po chwili to naprawdę zrobiło się... przyjemne. 
Dodatkowo włączyłam sobie spokojną, relaksacyjna muzykę i poczułam się błogo. 
Nie wiem, co stałoby się, gdyby ktoś, np. usunął z tą maseczką, ale zwróciłam uwagę na to, że maseczka jeszcze długo pozostaje gorąca, więc dochodzę do wniosku, że mogłoby to prowadzić do lekkich oparzeń. Wracając jednak już do mojego testowania, po ok. 5 minutach od założenia Hot Eyes Steam poczułam, że coś się dzieje...
 Po czwarte - efekty :
W tym punkcie od razu mogę napisać Wow! Jestem zaskoczona praktycznie natychmiastowym działaniem maseczki. Nie wiem, czy to tylko moja wyobraźnia, czy magiczne moce Hot Eyes Steam, ale skóra wokół oczu od razu zrobiła się bardziej błyszcząca i zdecydowanie bardziej napięta. 
Miałam nawet wrażenie, że sińce pod oczami jakby nagle wyblakły. 
Ale dopiero to, co zobaczyłam w lustrze na drugi dzień o poranku, wprawiło mnie w prawdziwy zachwyt. Ta maseczka faktycznie przynosi rewelacyjne efekty! 


 Cieszę się, że zostałam jedną z 200 ambasadorek tego rewelacyjnego produktu 💗
 Będę go polecać każdej kobiecie bez względu na wiek (podejrzewam, że mężczyźni mogą mieć pewne opory przed założeniem sobie na twarz takiej maseczki w bardzo kobiecych kolorach, ale jestem przekonana, że i Wy, drodzy mężczyźni, będziecie usatysfakcjonowani działaniem Hot Eyes Steam). 
 Takie domowe mini-spa już samo w sobie może przynieść zaskakujące efekty, a w połączeniu z tą rewelacyjną nowością może nawet zdziałać cuda, jak u mnie. 

 Prawdą jest, że jeżeli chodzi o dbanie o okolice oczu, zawsze zdawałam się na działanie kremu do twarzy. Nie da się jednak ukryć, że człowiek zbliża się do trzydziestki, a jest to już czas, w którym skóra potrzebuje trochę więcej uwagi. 
 To nie jest oczywiście tak, że my, kobiety około trzydziestki, boimy się upływu czasu. My po prostu czasami nie zdajemy sobie z niego sprawy. Mnie samej ciężko jest uwierzyć, że za dwa lata będę mieć już trójkę z przodu ☺

 Od dziś, przy każdej okazji, będę zachęcać Was do kupienia i przetestowania na sobie Hot Eyes Steam. Zdaję sobie sprawę, że każdy jest inny, a skóra też ma swoje indywidualne potrzeby, ale ta maska może przynieść natychmiastową ulgę zmęczonym oczom. Jestem pewna, że to będzie prawdziwy hit 👍 👍 👍


 Już na sam koniec, kilka słów o cenie. Na stronie Vica można zakupić opakowanie masek - 5szt. za 29.99 
lub pojedynczą maskę za 9.99.
 Rozumiem, że zawsze bezpieczniej najpierw kupić jedną i samemu ocenić efekty, ale wierzcie mi, że w tym konkretnym przypadku warto zainwestować te 30 zł. To się naprawdę opłaca 💗

 Ja jestem zachwycona i z dumą będę ambasadorką maseczki na oczy Hot Eyes Steam 💙 💚 💛 💜

  /Ania 👱

czwartek, 20 lipca 2017

"Jak feniks z popiołów" Greta Gulsen

 Co było, jest i będzie... 



 Młoda lekarka, Laura Chojnicka, odbywa staż w jednym z sopockich szpitali. Każdego dnia jest świadkiem ludzkich dramatów i tragedii, ale też chwil radości i nadziei. Wokół niej nawiązują się przyjaźnie i romanse. Jedni pacjenci przychodzą, inni odchodzą, za każdym razem zostawiając w miejscu pracy głównej bohaterki swoją historię.  Współpracownicy Laury bywają sympatyczni, agresywni, roześmiani, nieobliczalni.
 A sama Laura? Ona bywa poważną lekarką oddaną swojej pracy, by po chwili przeistaczać się w głupiutka blondynkę, która nie wie/ nie rozumie.
 Chojnicką się uwielbia, by po chwili kompletnie jej nie rozumieć. Do niej człowiek się uśmiecha, by po kilku minutach kręcić głową z niedowierzaniem, co ona najlepszego wyrabia. A ja uwielbiam właśnie takie postaci - pełne sprzeczności, bo one zawsze wywołują ogrom emocji, a o to przecież w tym wszystkim chodzi.
 W końcu każdy zasługuje na szansę, by odrodzić się niczym Feniks z popiołów. Dostać możliwość rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Nie ważne czy w tym, czy innym życiu.


 Jak feniks z popiołów to debiutancka powieść Grety Gulsen,  która przygodę z pisaniem rozpoczęła w wieku ośmiu lat z początku traktując je jedynie jako hobby. W roku 2012 zadebiutowała w blogosferze, zaś rok 2014 przyniósł pierwsze poważne decyzje dotyczące przyszłości literackiej. Wówczas właśnie zrodził się pomysł zmodyfikowania, rozbudowania, a następnie wydania fanowskiego opowiadania „Operacja Życie” pod zmienionym tytułem ”Jak feniks z popiołów”.
 Greta Gulsen to człowiek wielu pasji. Interesuje ją historia, pochłania świat medycyny, ezoteryki i starego kina, fascynuje muzyka Fryderyka Chopina. I te pasje znalazły odzwierciedlenie w jej literackim debiucie.

 Każdy z nas dobrze wie, że z debiutami bywa różnie. Są wśród nich prawdziwe perełki. Czasami są też i powieści nieprzemyślane, czasami zbyt szybko wydane.
 Czytając powieść Grety Gulsen miałam wrażenie, że została ona dopracowana w każdym, nawet najmniejszym szczególe. Widać ogromną wiedzę medyczną autorki. Skomplikowane terminy, trudne przypadki, opowiedziane historie. Bo przecież pacjenci nie składają się tylko z choroby.
 Ukłon dla Grety Gulsen za znajomość starego kina i całego okresu międzywojnia. Czytając tę powieść, czuć jej miłość do tych czasów.
 I muszę przyznać, że o ile na początku bałam się, że przez to powieść będzie chaotyczna, o tyle muszę napisać, że bardzo się pomyliłam. Autorka tak idealnie wkomponowała ducha tamtych czasów do współczesności, że aż zapragnęłam  przyjrzeć się tej kwestii bliżej. I w tym już tkwi połowa sukcesu - aby poprzez słowo zarazić swoją pasją innych. Myślę, że sympatycy takich gwiazd jak Bodo, Pogorzelska, czy Żabczyński będą usatysfakcjonowani.
 Ja, co prawda, może nie pokochałam Eugeniusza czy boskiego Valentino taką samą miłością jak Laura, ale z prawdziwą przyjemnością odbywam filmowe podróże po nieznanych mi dotąd obszarach.


 Jednak świat medyczny to "tylko" pierwsza warstwa tej historii. Druga jest bardziej skomplikowana. Autorka porusza bardzo delikatne kwestie i trudne tematy. Nie boi się prowadzić akcji tak, aby stawiać swoich bohaterów przed najtrudniejszymi, nie zawsze etycznymi wyborami.
 Wielokrotnie wystawia ich na próbę, testuje ich wytrzymałość i psychiczną i fizyczną, a wszystko to w imię zbudowania wartkiej akcji i zmuszenia czytelnika do przemyśleń. A daję Wam słowo, że jest nad czym się zastanawiać.

 Jestem pewna, że wiele osób uzna tę książkę za kontrowersyjną. Wiem też, że wielu czytelników nie zgodzi się ze zdaniem Laury, Kostka, czy profesora Wolińskiego ( sama nie zawsze się z nimi zgadzałam). Być może ktoś będzie miał ochotę rzucić tę książkę na stół, by już po kilku sekundach znów wziąć ją w ręce i szukać strony, na której skończył.
  Nie chcę zdradzać Wam zbyt wiele. Zapewniam Was jednak, że w tej powieści naprawdę duuuużo się dzieje. Mnożą się pytania, wątpliwości. A co z odpowiedziami? One nie zawsze są oczywiste...

 Czuję ogromną radość, że mogłam objąć patronatem medialnym tak dobrą powieść.
 Będę polecać ją każdemu dziś, jutro i w przyszłości. Po jej przeczytaniu nie da się, ot tak, przejść do porządku dziennego. Ona mocno namiesza Wam w głowach. Gwarantuję to Wam!

"Życie nauczyło mnie, że przeznaczenie istnieje. 
Są oczywiście w życiu sytuacje, 
na które wpływu nie mamy. - Westchnął. 
- Trzeba nauczyć przyjmować się życie takim, jakim jest. 
I bez względu na wszystko wierzyć, że 
to, co się wokół nas dzieje, jest dla nas dobre, 
choć może jeszcze tego nie rozumiemy ". 

 Ta powieść pojawiła się na polskim rynku wydawniczym nie bez przyczyny!

/Ania 

"Jak feniks z popiołów"
Greta Gulsen 
Wydawnictwo Czarna Kawa 


 Serdecznie dziękuję autorce oraz wydawnictwu 
za możliwość objęcia patronatem medialnym 
tej powieści 😘 😘 😘

 Oby więcej takich mocnych historii ukazywało się na naszym rynku wydawniczym. 

wtorek, 18 lipca 2017

"Przebudzenie Lukrecji" Laura Adori

 Zawsze na początku musi być jakiś koniec. 


 Nie bez powodu zdecydowałam się rozpocząć  tę recenzję tytułem jednego z rozdziałów. W takim właśnie momencie zaczyna się ta opowieść. 


 Lukrecja, (prawie) czterdziestoletnia singielka mieszkająca w słonecznej i pięknej Italii, porzuca pewnego dnia wszystko i wraca na ziemię swoich przodkiń, do Polski. 
 W Warszawie ma nadzieję odnaleźć miłość i nową wersję siebie. Ale czy taka romantyczka jak Lukrecja będzie w stanie odnaleźć się po latach nieobecności w tym mieście? Jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć i B, bez względu na konsekwencje. 
 I tak zaczyna się szalona, ale i zmysłowa podróż ulicami stolicy, u boku bohaterki, która już wkrótce zda sobie sprawę, że apetyt na jedzenie i apetyt na seks to dwa powody, dzięki którym nieźle się bawimy, a koło życia na ziemi ciągle się toczy. 
 Brzmi zachęcająco? Później jest jeszcze lepiej 😆

 Nie będę ukrywać, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam informację o tej  powieści na stronie Wydawnictwa Lira, to nie opis lecz okładka przykuła moją uwagę. Ciepła i taka... klimatyczna. 
 Opis z kolei zapowiadał kawał dobrej rozrywki w stylu Bridget Jones. Miałam więc nadzieję na zabawną, lekką i przyjemną lekturę. Dostałam jednak dużo, duuuużo więcej. Bez urazy dla fanów wspomnianej Bridget Jones, ale bohaterka Helen Fielding może się schować przy Lukrecji! Bowiem ta powieść to prawdziwa uczta dla zmysłów!  Pełna smaków, zapachów i aromatów o jakich nam się nawet nie śniło! I od których nie raz zakręci się w głowach!

źródło zdjęcia : 

 Co do miejsca, w którym została osadzona znaczna część powieści - Warszawa do tej pory kojarzyła mi się głównie z hałasem i pędem. Za każdym razem, kiedy odwiedzałam stolicę marzyłam tylko o tym, aby jak najszybciej wrócić do siebie. Do ciszy i spokoju. 
 Dzięki powieści Laury Adori nagle spojrzałam na Warszawę inaczej. Zobaczyłam ją z perspektywy Lukrecji. I muszę przyznać, że taki punkt widzenia podoba mi się dużo bardziej.  I myślę, że Wam również przypadnie do gustu. I zapragniecie tak jak Lukrecja spacerować ulicami Warszawy, pić poranną kawę z cynamonem i codziennie wpatrywać się w oczy pewnego przystojniaka.
 A potem oddawać się największej rozkoszy, jaką jest... To już Wam zdradzi Lukrecja 😁
 Największym atutem tej powieści jest świeże spojrzenie autorki na potencjał jaki drzemie w naszym kraju w gotowaniu, w mężczyznach i... w kobietach! A może przede wszystkim w kobietach?

"Kobiety wiedzą, czego chcą, 
a robią to, do czego je przyzwyczajono"

"Bądź taka, jaka jesteś, 
ale zrób sobie też miejsce na taką, 
jaką nigdy nie byłaś" *


 Laura Adori urodziła się w Warszawie, jednak dużo podróżowała po Europie, mieszkała m.in.we Włoszech. Tak jak jej bohaterka, po latach powróciła do kraju swojego dzieciństwa, zajęła się smakowaniem życia i opisywaniem swoich przygód. I to widać w tej powieści. Styl autorki jest wyjątkowy. Śmiało mogę napisać, że jest takim powiewem świeżości na naszym rodzimym rynku
wydawniczym. Oby więcej ukazywało się w naszym kraju takich właśnie debiutów! 
 Z pewnością jest to zasługa zagranicznych podróży i doświadczeń autorki, dzięki którym jej bohaterka, Lukrecja, na nowo mogła poznać to, co pamiętała z dawnych lat i spojrzeć na to wszystko zupełnie inaczej; oczywiście po obowiązkowym uno, due, tre... 
 Czy to wszystko pomoże jej odnaleźć nową siebie? Jedno jest pewne - Lukrecja przebudziła się i zaczyna nowe życie. Teraz czas na Ciebie! 

/Ania . 

"Przebudzenie Lukrecji"
Laura Adori 
Wydawnictwo Lira

Za możliwości przeczytania i zrecenzowania tej wyjątkowo aromatycznej powieści dziękuję Wydawnictwu Lira 😘 😘 😘


*cytat pochodzi z bloga autorki 

P.S. 
Już wkrótce ukaże się kontynuacja przygód naszej sympatycznej bohaterki w powieści "Owoce Lukrecji". Tego nie można przegapić!  


czwartek, 13 lipca 2017

"Bądź czujna" Paula Bartkowicz

 - lipcowa propozycja Wydawnictwa Psychoskok 


 3 lipca swoją premierę miała powieść Bądź czujna Pauli Bartkowicz. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Psychoskok, miałam możliwość przeczytania tej opowieści. Jak zakończyło się moje kolejne spotkanie z fantastyką? 


 Zacznijmy od opisu. Zawsze staram się przedstawiać Wam początek fabuły własnymi słowami. W tym przypadku będzie inaczej, bo moim zdaniem opis przygotowany przez wydawnictwo brzmi po prostu perfekcyjnie i idealnie oddaje klimat tej powieści. A zatem... 

,,Bądź czujna” Pauli Bartkowicz opowiada niezwykłą historię  młodej, pięknej nastolatki o imieniu Ann, która obdarzona została zdolnościami magicznymi.. Mieszka w królestwie Trytii – niezwykłej krainie, nad którą pieczę sprawuje Wielki Mistrz. Kraina ta zdominowana jest przez silnych mężczyzn. Największą zgrozę wśród podopiecznych niewątpliwie budzi Stars, nauczyciel wychowania fizycznego, który znany jest ze swojej bezwzględności. Wydawać by się mogło, że w takim otoczeniu Ann jest skazana na wieczne posłuszeństwo. Nic bardziej mylnego. Ta dziewczyna, mimo swojej drobnej postury, cechuje się siłą, walecznością i odwagą. Nie da się ukryć, że lektura jest obfita w wiele szokujących momentów. W książce nie brakuje mocnego słownictwa, co jednak ma znaczący wpływ na ogólny odbiór dzieła i dodaje pikanterii przedstawianym faktom. Czy bohaterka poradzi sobie w świecie z przewagą męskiego pierwiastka? Czy jest dostatecznie silna, aby przeciwstawić się fizycznie silniejszym od niej? Książka nie daje jasnych odpowiedzi, co jest niewątpliwie jej zaletą. Pasjonująca historia kończy się w najbardziej zaskakującym momencie i wymaga od każdego własnej interpretacji.


 I od razu chcę skupić się na głównej bohaterce. Ann, to postać, do której już od pierwszych stron poczułam ogromną sympatię. Jest silna, nie poddaje się, z podniesioną głową staje do walki z trudnościami, chociaż czasami jest z góry skazana na porażkę. Niezwykłą wartością jest dla niej przyjaźń i właśnie dla niej potrafi poświęcić nawet własne zwycięstwo, a nie każdego stać na tak wielkie poświęcenie. Śmiało mogę stwierdzić, że może być ona przykładem dla niejednej kobiety. 
 Jeżeli chodzi o innych bohaterów - są po prostu różni. Wspomniany w opisie Stars, to despota w każdym calu. Nie uznaje kompromisów, brzydzi się słabością, bez skrupułów zmiesza każdego z błotem. Diane, to z kolei najlepsza przyjaciółka naszej głównej bohaterki, jej powierniczka i towarzyszka niedoli. 
 Resztę bohaterów będziecie musieli już poznać i ocenić sami. 

 Co do fabuły, moim zdaniem pomysł był bardzo dobry. A jak z wykonaniem? Przyznam, że kiedy zaczynałam czytać Bądź czujna miałam wrażenie, jakby akcja rozgrywała się wiele wieków temu, dopiero po chwili zorientowałam się, że jest zupełnie inaczej. 
 Okładka może nie do końca oddaje charakter tej książki, ale nie zmienia to faktu, że przynajmniej dla mnie, jest ona przyjemna dla oka. 
 Całość jest napisana bardzo przyjemnym, lekkim stylem. Tam, gdzie było to konieczne, Paula Bartkowicz nie bała się użyć ostrzejszych słów, co uwypukliło mocny charakter powieści. 
 Opisy są bardzo dobrze skonstruowane, bez problemu można więc wyobrazić sobie konkretne sytuacje. Warto też przy okazji dodać, że mimo szczegółowości opisów, nie ciągną się one w nieskończoność. To samo dotyczy bohaterów. Bez problemu możemy wyrobić sobie zdanie na temat każdego z nich. 
 Trafiłam w trakcie lektury na kilka literówek, ale absolutnie ich niewielka ilość nie wpływa na jakość i przyjemność czytania. 
 Co do zaskakującego zakończenia... Cóż, musicie je po prostu poznać sami. Ja z pewnością nie odbiorę Wam tej przyjemności :) 

 Kolejny raz sięgnęłam po fantastykę, i muszę przyznać, że w tym przypadku naprawdę była to przyjemna podróż do książkowej Trytii.
 Kilka godzin spędzonych w tym wyjątkowym, chociaż nie zawsze przyjaznym miejscu sprawiło, że mam ochotę na więcej. Dużo więcej. 
A to już z pewnością dobry znak :) 

/Ania. 

"Bądź czujna"
Paula Bartkowicz 
Wydawnictwo Psychoskok 

 Za propozycje i możliwość przeczytania i zrecenzowania tej powieści dziękuję Wydawnictwu Psychoskok :) 

Galaretka krystaliczna dr.Oetkera

 - hit czy kit? 



 Nie wszyscy z Was wiedzą, że oprócz czytania uwielbiam też spędzać długie godziny w kuchni. Efekty może nie są tak spektakularne jak u master chefów, ale cała rodzina od wielu lat ma się dobrze, więc chyba nie jest najgorzej :) 

 Uwielbiam sięgać też po nowości, więc kiedy zobaczyłam w tv reklamę super- ekstra galaretki, postanowiłam, że przy najbliższej okazji ją kupię i przekonam się na własnej skórze, a raczej żołądku, czy faktycznie jest taka dobra. 
 Zaopatrzylam się więc we wspomnianą wcześniej galaretkę krystaliczną, galaretkę brzoskwiniową, serek homogenizowany, dwa świeże owocki i wyczarowałam to :


 Jakie są moje spostrzeżenia? Powiem Wam, że jestem pozytywnie zaskoczona. Moim zdaniem, owoce naprawdę prezentują się o wiele atrakcyjniej niż w jakiejkolwiek galaretce barwionej. A jeżeli chodzi o smak - jak dla mnie jest trochę słodsza od tradycyjnej galaretki cytrynowej. Z kolei dla mojego synka jest to na plus, bo o ile za galaretką o smaku cytrynowym nie przepada, o tyle tę zjadł ze smakiem i zamówił powtórkę na jutro :)  A to świadczy tylko o tym, że mu bardzo smakowało, bo generalnie moje dziecko za ciastami i deserami nie przepada. 

 Może nie jest to jakiś mega hit, ale z pewnością galaretka krystaliczna dr.Oetkera jeszcze nie raz zagości w mojej kuchni :) 

/Ania. 

"Pierścionek z cyrkonią" Krzysztof Piotr Łabenda

Recenzja patronacka.   W " Pierścionku z cyrkonią" 💍 Krzysztof Piotr Łabenda odpowiada na pytanie : Czy można przez całe...